reklama

Dyskretny urok czerwieni

Stylowe i przytulne

Właśnie dlatego, że jest stylistką, wiedziała, że sama nie urządzi nowego mieszkania. Ela zbyt dobrze zna swoją słabość do przedmiotów. Już widziała oczami wyobraźni, jak godzinami zastanawia się, co tu wybrać, i  na nic nie może się zdecydować. Potrzebowała kogoś, kto wprowadzi dyscyplinę i nie pozwoli rozpanoszyć się różnym stylom.

Dlatego poprosiła o pomoc znajomą projektantkę Ewę Jaworską. Ufała jej gustowi do tego stopnia, że mogłaby zniknąć na kilka miesięcy i wrócić do kompletnie urządzonego mieszkania. Kiedyś razem pracowały przy sesjach mody i dużo podróżowały, m.in. na Florydę i do RPA, więc znają swoje upodobania, zresztą zbliżone. Obie zafascynowane są amerykańskim stylem, z masywnymi meblami i mocno kolorowymi gadżetami.

Ela chciała, żeby jej mieszkanie miało właśnie coś z tego klimatu. – Chociaż kiedyś zakochałam się również w fantastycznych bielach domu nad oceanem w... Kapsztadzie. Miały przepiękne, jakby sprane odcienie, które czule nazywam ścierkowymi. To wspomnienie cały czas chodziło mi po głowie – opowiada gospodyni.

Teraz ma je na ścianach w swoim mieszkaniu. Efekt podkreśliły naturalne, olejowane dębowe deski i wysokie cokoły. Teraz mieszkanie było gotowe na dalsze eksperymenty, które szybko odczuli sąsiedzi. Zatrzęsło całym domem.

Ela wymarzyła sobie spiżarnię w kuchni, ale że ta nie była specjalnie ustawna, schowek można było zbudować tylko w ścianie nośnej. Ekipa remontowa powoli zaczęła wycinać dziurę, aż któregoś dnia mieszkańcy podnieśli krzyk – że trzęsie, że niebezpiecznie. I słali protesty. Obie panie są jednak mocno uparte, więc mimo wszystko dopięły swego.

Potem przyszedł czas na poszukiwanie przewodniego, mocnego koloru. Padło na czerwony, a to za sprawą Eli ulubionych pamiątek z podróży – tureckiego dywanu i maski z RPA. Pod pędzel poszła stara indonezyjska szafka, ramki, donice.

Wszystko musiało idealnie pasować, więc na kolejne drobiazgi odbywało się polowanie. Tym razem trzy panie – Ewa, Ela i jej mama – buszowały po sklepach i pchlich targach. – Któregoś dnia znalazłam w telefonie wiadomość ze zdjęciem idealnej, długo przez nas poszukiwanej szafki pod telewizor. Wypatrzyła ją mama w jakimś supermarkecie, zrobiła fotkę i przesłała – opowiada właścicielka.

Szafka kosztowała grosze, ale jak większość mebli nabrała szlachetności pod pędzlem Ewy. Podobne szaleństwo ogarnęło je, gdy szukały ramek na przywiezione z Krety grafiki. Koniec końców zamówiły je u pewnego sprzedawcy staroci, który zwozi stare deski z Bieszczad. Teraz ramy z pięknego drewna to obiekt westchnień wielu znajomych Eli. No cóż, ale czego to nie wyszperają trzy uparte kobiety.

reklama
reklama