reklama

Dom w Szkocji gotowy na karnawał

Nowoczesne

Przed świętami i karnawałem Gillian zawsze zagląda na Pinterest. I od razu w jej domu na szkockiej wsi robi się bardziej światowo.

Drugiego takiego domu w okolicy nie znajdziecie – wygląda jak mała przyczajona pod wzgórzem twierdza. Pobudza wyobraźnię. Ci, co bywali we włoskiej Apulii, mówią, że przypomina tamtejsze kamienne domki trulli, a ci, co się ze Szkocji nie ruszają, doszukują się raczej nawiązań do zamku Crathes. Ten akurat jest o rzut beretem stąd. W nowym domu Gillian i Paula otwartość na świat przeważyła nad obronnością i w okrągłych wieżyczkach duże i liczne okna łapczywie chłoną krajobraz. Nie wzięło się to znikąd – małżonkowie mieszkali wiele lat w Brazylii. Stamtąd przywieźli odwagę dekorowania. – Tam wnętrza były po prostu fantastyczne, przestronne – wspominają. – Zbieraliśmy chińskie meble i porcelanę obok połyskujących tkanin.

Kupując całkiem nowy dom niedaleko Aberdeen, wiedzieli, że to będzie miejsce, gdzie spędzą resztę życia, a nie jakaś inwestycja, którą się odsprzeda z zyskiem. Dlatego tak ważne były położenie i okolica – dużo lasów do spacerowania z psem. Zachwyciła ich bryła z wieżyczkami, charakterna i niepowtarzalna. Ale wnętrza wymagały korekty. Zrezygnowali z osobnej jadalni; wstawili stół do dużej kuchni, a w jej miejscu zrobili pokój telewizyjny, do którego dobudowali oranżerię. Dopiero po paru latach wpadli na po- mysł, żeby z pięciu sypialni zrobić cztery. – Ta nasza była naprawdę kieszonkowa – śmieje się Paul. – Z pokoju, który poświęciliśmy, wystarczyło jeszcze miejsca na otwartą garderobę i łazienkę.

Gillian jest fanką stylu New England tak w architekturze, jak i we wnętrzach. Z niego zaczerpnęła swoją bazę – szarosrebrne kolory z dodatkiem naturalnego drewna. Na tym neutralnym tle rozwinęła dekoratorskie skrzydła, łącząc odważnie różne wspomnienia z podróży. Wyszedł miks egzotyki i glamour. – Zachód spotyka się ze Wschodem – śmieje się właścicielka. – Zawsze dążyłam do globalnej fuzji! Czyżby tęskniła za wielkim światem, brazylijskim krajobrazem, metropolią wreszcie? Tego, że zaszyła się na szkockiej wsi, wcale nie żałuje. Z regularnych wypadów do Glasgow i Londynu wraca pełna nowych wrażeń. – Ostatnio nocowałam w londyńskim hotelu należącym do Kit Kemp – bizneswoman i projektantki. Jestem pod takim wrażeniem, że muszę wstrzyknąć do mojego domu więcej koloru.

To może być ciekawy eksperyment, bo Gillian słynie z wielkiego wyważenia. Nigdy nie popada w przesadę. Mimo że jej oczy w Brazylii niejedno widziały, stara się zachować balans. Ceni symetrię we wnętrzach i dobrze rozkłada akcenty. Jeśli decyduje się na jakiś ekstrawagancki mebel czy dzieło sztuki, to wokół niego musi być oddech. Dzięki temu na przykład stół w jadalni, którego grubość blatu przekracza normy kilkukrotnie, wygląda jak rzeźba. W salonie wiszą tylko trzy obrazy, każdy na innej ścianie, każdy inny. Nie konkurują ze sobą; dużo jasnej ściany wokół nich działa jak wzmacniające passe-partout. Teraz z Paulem czekają na gości. Sukni balowych nie trzeba będzie wyciągać, bo szykuje się domówka – z grupką przyjaciół i na dwa stoły. Po północy bardziej na miękko, bo przy kominku.

Tekst: Beata Majchrowska
Zdjęcia: Douglas GIBB/GAP Interiors
Stylizacja: Alison GIBB/GAP Interiors

reklama

Zobacz również: