Nasycone kolory, trochę Kambodży oraz ukłon w stronę Le Corbusiera. – I żeby mieszkanie nie było zniewieściałe – prosił Marcin, tenisista w trzecim pokoleniu. Nad duszą mieszkania trzeba czasem sporo się napracować.

 

Marcin kupił 62 metry w kamienicy z lat 30. Chciał mieć męską stylistykę, ale nie w wersji ogranej typu: szarość, stal i szkło. Marzyła mu się ciekawa mieszanka rzeczy różnych, a nie – jak to on nazywa – jedna pulpa, czyli wszystko dopasowane do siebie niczym w katalogu. Chciał stylu, którego nie można byłoby nazwać.

 

Pierwszy projekt, na szczęście żyjący tylko na papierze, okazał się pomyłką. – To było coś banalnego, hotelowego, jak z wilanowskiego osiedla pod wynajem – wspomina architekta, Magdalena Zabierzowska, która miała zająć się nową koncepcją. Wnętrze rodziło się długo i poprzedziła je totalna rewolucja. – Upadły wszystkie ściany, poza nośnymi – śmieje się Marcin, a Magda dodaje: – Podłogę zerwaliśmy do legarów i położyliśmy całkiem nowe instalacje. Jeden pokój z trzech poszedł na powiększenie kuchni, sypialni i łazienki. Większość mebli sama zaprojektowałam albo przemalowałam i przetapicerowałam, bo tego nauczono mnie w szkole w Bostonie – meble muszą być dobrze dopasowane do wnętrza. Atutem kawalerki miały być kolory i klimat, który Magda określiła jako „zgiełk berlińskiej ulicy”.

 

W zabudowie kuchni rządzi zieleń – barwa nadziei – i to w dwóch odcieniach, żeby nie było zwyczajnie. W salonie z jednej strony uwagę przykuwa kolorowy regał, który jest niczym hołd złożony Le Corbusierowi, lekki, do szpiku kości modernistyczny, a na przeciwległej ścianie – egzotyczna w wyrazie tapeta wprowadzająca trochę kolonialnej aury. To pomysł, który narodził się w głowie Magdy po powrocie z Kambodży. Stamtąd przywiozła też barwne, ekspresyjne maski.

 

Nie ma tu rzeczy przypadkowych. Czasem pojawiało się coś, co było owocem wspólnego z architektką wypadu za granicę. Na przykład czerwony neon w kształcie litery R, łączący zalety klimatycznej lampy oraz rzeźby, to zdobycz z pchlego targu w Berlinie. A czasem coś spadało z nieba, jak rodzinna pamiątka, tenisowa rakieta, którą babcia Tomka podarowała dziadkowi. Dziś to obiekt niemal muzealny, ale też dyskretna wskazówka, że mieszka tu tenisista w trzecim pokoleniu.

 

No i ostatnia kategoria rzeczy: znalezione na śmietniku, uratowane, odmienione, jak fotel Ewa, perła polskiego wzornictwa, której Magda przywróciła dawną świetność. Marcin wciągnął się w projektowanie do tego stopnia, że sam z entuzjazmem wyszukuje różne dodatki. A Magdzie kamień z serca spadł: – A już się bałam, że zwiąże się z jakąś kobietą, która ustroi dom bielonymi rustykalnymi serduszkami...

 

Szukasz wnętrz dla singla? Zobacz: Apartament palisandrowy 

 

Tekst: Beata Majchrowska
Zdjęcia Celestyna Król
Stylizacja Magdalena Rzeszot

reklama