Najpierw bogaty fabrykant przyjeżdżał tu polować. Potem szkolili się milicjanci i wjechały czołgi, bo kręcono „Czterech pancernych i psa”. Pewien Irlandczyk zdążył powstawiać francuskie kominki, aż w końcu dwór kupili miłośnicy urządzania. To się nazywa historia...

Marta i Marcin Półgrabia zmieniają domy jak rękawiczki. Są razem siedem lat, a mieszkają już w szóstym z kolei miejscu. Odnawianie i urządzanie wnętrz to ich największa pasja – gdy tylko się gdzieś wprowadzą, już szukają następnego wyzwania.

Po szkole Marcin wyjechał do szkoły językowej do Amsterdamu. Żeby zarobić na naukę, musiał pracować – odnawiał ornamenty w zabytkowej kamienicy. Wtedy pewien Holender, który kupił dwustuletni zamek w Dordonii we Francji, zaproponował mu pracę przy remoncie Château de Rastignac. Marcin poczuł, że nie może zmarnować okazji na niezły zarobek i przede wszystkim świetną przygodę.

Porzucił Amsterdam dla Francji. I tu, i tu bardzo mu się podobało – napatrzył się na architekturę, nawdychał atmosfery pięknych starych domów. Ale w Polsce czekała Marta. Za bardzo tęsknił. – Taki związek na odległość to męczarnia – wspomina Marcin.

Kiedy wrócił do kraju, kupili swoje pierwsze mieszkanie i urządzili na wzór francuskich i holenderskich. Wyszło tak fajnie, że każdy, kto do nich wpadał, miał ochotę tam zamieszkać. Nie zdążyli się jeszcze przywiązać, a już znalazł się kupiec. I znów remontowali kolejne mieszkanie. Na nie też szybko znalazł się chętny. A potem na trzecie i czwarte. Urządzanie tak weszło im w krew, że po wigilijnej kolacji w świeżo wyremontowanym piątym domu zajrzeli do internetu, żeby sprawdzić, czy nie ma czegoś ciekawego do kupienia. I wtedy znaleźli międzywojenny dworek wśród sosen.

Wybudował go jako dworek myśliwski jeden z łódzkich fabrykantów w 1936 roku. Po wojnie przejęło państwo i urządziło ośrodek szkoleniowy dla milicji, a później kolonie dla dzieci milicjantów. Czterdzieści lat temu kręcono epizody do odcinków 15. i 16. „Czterech pancernych i psa”. Potem dworek kupił Irlandczyk i wtedy zainstalowano tu francuskie kominki z żółtego marmuru. Dwa identyczne: w salonie i gabinecie.

Przy remoncie pracowało non stop 25 osób, a i tak na chrzciny Lenki zdążyli naprawdę cudem, bo oczywiście okazało się, że dom jest w gorszym stanie, niż przypuszczali. Trzeba było osuszyć fundamenty, zdjąć cały dach, odrestaurować i położyć od nowa. Sztukaterie i tynki na elewacji zostały zrobione na wzór tych, które zachowały się w innych dworkach z tego okresu.

Parkiet nie istniał w ogóle, na podłogę wybierali specjalnie stare sękate dechy, żeby stworzyć wrażenie, że zawsze tu były. Zniszczone schody z lastrico obłożono szlachetnym kamieniem i ozdobiono kutą barierką. Był pośpiech, ale nie kosztem jakości.

Wystrojem wnętrza gospodarze zajęli się oczywiście sami. Poprzedni dom sprzedali ze wszystkim – z meblami, tkaninami, a nawet bibelotami. – Nowym właścicielom zostawiliśmy prawie wszystko, włącznie z kieliszkami, sztućcami, świeczkami i ręcznikami, zabraliśmy tylko parę pamiątek rodzinnych, zdjęcia, ubrania i szczoteczki do zębów – wspomina Marta. – Ars longa, vita brevis – lubią mawiać gospodarze, więc żyją szybko, szukają wciąż czegoś pięknego, nowego.

Z ostatniej chwili: Marta i Marcin wraz z Lenką i całym zwierzyńcem zamieszkali właśnie w swoim siódmym domu.


Tekst i stylizacja: Kasia Mitkiewicz
Fotografie: Jan Brykczyński

 

reklama