To jest nieprzeciętna rodzinna posiadłość, bez skośnego dachu z czerwonej dachówki i budyniowej elewacji. Z wysmakowanymi dziełami sztuki zamiast tony pięknych przedmiotów.

Mniej znaczy więcej, ornament to zbrodnia – mawiali moderniści. Gdyby ktoś miał wątpliwości, o co im chodziło, powinien zobaczyć, jak mieszkają państwo Klodowscy. Ale uwaga! To propozycja dla odważnych, którym marzy się życie w domu innym niż tysiące stawianych na miejskich i podmiejskich willowych osiedlach.

Jest olbrzymi, modernistyczny, składa się z trzech połączonych kostek, z których każda kolejna jest wyższa od poprzedniej. W każdej są ogromne, szklane ściany i tarasy na płaskim dachu (projekt firmy APA Wojciechowski). Dom ma około 450 metrów kwadratowych i zajmuje znaczną część niemałej działki. Na trawnik i kwiaty został mały kwadracik. Gospodarze powiększyli go... optycznie. Zamontowali lustra na murze, który oddziela ich od sąsiada. Teraz przeglądają się w nich chmury, drzewa, kwiaty i wszyscy odpoczywający na trawie.

Siedzimy w salonie przylegającym do ogrodu. Monika częstuje nas pyszną kawą parzoną według receptury męża Thomasa w wielkiej popartowskiej srebrzystej maszynie. Przed nami, za szklaną taflą ściany, roztacza się widok na zasypany puszystym śniegiem ogród. Aż się nie chce wierzyć, że to centrum Warszawy.

– Kiedy jest ciepło, rozsuwamy szklane ściany i łączymy dom z ogrodem – mówi gospodyni. W tym momencie przypomina mi się koreański film „Wiosna, lato, jesień, zima”, w którym rolę podobnej jak tu przezroczystej ściany odgrywała brama. Zbliżaliśmy się do niej, a ona otwierała się i ukazywała kolejną porę roku.

Do domu Moniki i Thomasa wchodzimy przez otwarty kamienny korytarz, wyglądający jak kładka lub chodnik, który prowadzi do pomieszczeń urządzonych oszczędnie, ale za to designerskimi meblami i przedmiotami. Na dole część gościnna: kuchnia połączona z salonem, a w nim kominek jak rzeźba. Drewno, którym obłożono ścianę obok, pełni rolę ruchomej instalacji. To pomysł gospodarza. Przy stoliku fotele w stylu Arts & Crafts. Thomas tłumaczy, że to amerykańska odmiana art-déco.

Fotele Gustawa Sticle’a z 1912 roku powstały bez użycia ani jednego gwoździa, a ich awangardowa forma doskonale pasuje do współczesnych czasów. W jadalni obok jest imponująca lampa „Zettel'z 5” projektu Inga Maurera z białymi kartkami, na których rodzina i goście wypisują Klodowskim życzenia. Ona też przeszła już do historii designu.

Dalej oszkloną klatką schodową wchodzimy do części prywatnej – do pokoi dziecięcych i sypialni gospodarzy, a w niej znowu znajdziemy meble z Arts & Crafts, tym razem jednak z 1930 roku. Takie same ma w swoim domu Barbra Streisand.

Thomas i Monika projektowali dom z myślą o licznej rodzinie. Kiedy się wprowadzali, była ich trójka – rodzice i malutka Nikole, nie licząc psa Dafne. Teraz są już w piątkę. Dołączyły bliźniaki Mia i Markus. Thomas – nowojorczyk po hotelarstwie, wyśmienity kucharz, a przy okazji finansista zatrudniony w branży hotelarskiej przemierzył całe Stany, by na końcu przenieść się do Europy i wreszcie do Polski. – Nie narzekam na jego ciekawą świata naturę, bo dzięki niej jesteśmy razem – śmieje się Monika.

Poznali się prozaicznie, piętnaście lat temu na jednej z warszawskich dyskotek. – Nie jesteśmy bywalcami takich przybytków. Tym razem jednak bogowie dopilnowali, byśmy nabrali ochoty na tańce i znaleźli się na tym samym parkiecie – wspomina. No i żeby Thomas zatrzymał się na dłużej w Polsce, co nie dziwi, bo to kraj jego przodków.

– Pamiętam, jak prosił moich rodziców o rękę i przejął się perspektywą czarnej polewki, którą postraszyli go polscy koledzy w pracy – śmieje się Monika. – Proponował nawet sprytnie mojej mamie, że oszczędzi jej fatygi i osobiście na ten uroczysty obiad ugotuje zupę. Czarnej polewki nie dostał, a serca rodziców Moniki podbił z marszu. Gdy na świat przyszła Nikole postanowili się ustatkować. W Warszawie. Otworzyli galerię mebli.

– Służbowe wyjazdy na targi do Paryża, Mediolanu, Londynu i Madrytu były krótkim, lecz intensywnym kursem wzornictwa europejskiego – tłumaczy Monika. A efekty? Widać w ich domu!


Tekst i stylizacja: Grażyna Bieganik
Fotografie: Andrzej Pisarski

reklama