Koty są trzy. Korniszon należy do Moniki, Lady do jej męża Tomka, a Arika do Kacpra. Choć słowo "należy" nie do końca tu pasuje. – Wiadomo, psy mają pana, a koty służbę. Mieszkanie zrobiliśmy także dla nich – śmieje się Monika.

 

Mieszkanie z zakamarkami

Gdy wchodzę, spod nóg śmiga mi srebrzystobłękitna puchata kula. To Lady, piękność rasy maine coon, bezszelestnie przemyka po podłodze i daje nura za kanapę w salonie. Nic dziwnego, jestem obca w kocim królestwie. Oczywiście to przypadek (a może znak), ale mieszkanie projektowała Agata Kotowska, sama też kociara. Poza tym, tak jak właścicielka Monika Kużelewska-Turczynowicz, pochodzi z Białegostoku i lubi lofty. Dogadały się więc idealnie.

Monika pokazuje mi rozmaite zakamarki dla kotów – do wylegiwania się. Zwierzaki wędrują po domu za słońcem i uwielbiają ciepło. Przy zielonej kozie stoi wielopoziomowy leżak, na którym cała trójka może wisieć jak lwy. Piecyk wypatrzyła Monika w sklepie ze starociami na placu Przymierza. Ma dobrze ponad sto lat, ale świetnie działa. – Koza jest ciepła, nie dymi, a koty się cieszą. Gdy ją włączamy, zajmują wszystkie piętra leżaka. – Albo okupują grzejnik w podłodze, który zamontowaliśmy pod prawie sześciometrowym oknem jadalni – dodaje Agata.

 

Pomysłowe rozwiązania

Niektóre kocie pomysły przywiozła aż z Ameryki. – Projektowałam mieszkanie na Manhattanie. Tak się złożyło, że zakoconej rodzinie. W Stanach popularne są drzwi ze sprytną wahadłową klapką, dzięki której zwierzaki wychodzą na trawę, kiedy chcą. Podobne wejście zrobiłam i tutaj, żeby koty mogły korzystać ze swojego kibelka zabudowanego w garderobie.

Jak to się dzieje, że kanapy wyglądają tak świeżo, jakby nie wyciągał się na nich nigdy żaden zwierzak? A ich srebrzystoszara tapicerka wciąż przypomina futerko foki, a nie zmierzwiony kłębek bouclé? To zasługa firmy Noti i specjalnej tkaniny dla kociarzy z wytrzymałym splotem, o którą nie można zahaczyć pazurów.

Monika jest pianistką, wykładała w Akademii Muzycznej im. Fryderyka Chopina w Białymstoku. – Teraz moją pasją jest psychologia. Gdy jedenaście lat temu przyjechała do Warszawy, zakochała się w Tomku i... Saskiej Kępie (on tu się urodził). Nie mieli wątpliwości, gdzie chcą żyć, sprzedali swoje mieszkania i wybrali nowoczesny apartament, nie w najstarszej części urokliwej dzielnicy, ale nieco na uboczu, z widokiem na ogródki. Jej syn Kacper był wtedy malutki. Zastanawiali się, jak pogodzić pracę z wychowaniem kilkulatka. I wtedy Monika wpadła na genialny pomysł: założyła dla synka... przedszkole. Ale nie takie zwyczajne, lecz Akademię Sztuk Dziecięcych. Jedno z najlepszych na warszawskiej Pradze.

Wokół "małego" biznesu kręciło się całe jej życie. Nawet kulinarne, bo, chociaż uwielbia gotować, jedzenie przynosiła z przedszkola. – Na nic wtedy nie miałam czasu – wspomina. Gdy więc syn podrósł, sprzedała akademię i postanowiła zmienić coś w życiu. – Staram się być bardziej slow, cieszyć się domem, kotami. Do tego się dorasta.

 

Wymarzony loft

Pieniądze z przedszkola też wsadzili w wymarzony loft. Żeby wyglądał jak paryski albo nowojorski, trzeba było to i owo wyburzyć. Beton na nowe ściany kładli prawdziwi artyści – pan Darek Podgrudny z synem. Przy pracy słuchali muzyki poważnej, więc pianistka nie mogła trafić lepiej. Wśród morza holenderskich cegieł jest jedna angielska, z Liverpoolu, a konkretnie z The Cavern Club, gdzie pierwsze koncerty dawali Beatlesi. Wylicytował ją dla Moniki, Tomka i Kacpra jej brat Darek, zakochany w muzyce Lennona i McCartneya. – Nasze dzieci odziedziczyły tego bzika. Kacper ma czternaście lat, Oleńka, córka Darka, jedenaście, a już znają wszystkie piosenki Beatlesów – śmieje się Monika.

Największą ekstrawagancją jest jednak biały fortepian w salonie. Ostatnio Monika wyciągnęła stare nuty i znów gra, a jej koncertów słucha najprawdziwszy Beethoven. – Mama wygrzebała go w piwnicy zakładu energetycznego w Białymstoku, gdzie pracowała – opowiada. – Poprosiła szefa, żeby zamiast kwiatów i nagród dał jej na zakończenie kariery gipsowe popiersie. I podarowała je mnie.


Tekst: Joanna Halena
Zdjęcia: Aneta Tryczyńska
Stylizacja: Joanna Galant
Za pomoc w sesji dziękujemy sklepom NAP, Boconcept i Cube.

 

reklama