werandacountry.pl werandaweekend.pl
reklama

Mazurskie luksusy

Najchętniej oglądane

Z tego musiało coś wyniknąć: zwiedzają najdalsze zakątki, ale najbardziej lubią Mazury. Wybudowali więc tradycyjny dom i urządzili go rzeczami, które zwieźli z całego świata.

Czego to Iwona i Dariusz nie widzieli: byli na zniewalająco pięknej indonezyjskiej wyspie kwiatów Flores, gdzie spotkać można największe jaszczurki świata, warany z Komodo, i gdzie podobno jeszcze w XIX wieku żyli tolkienowscy hobbici, maleńcy ludzie homo floresiensis. Zwiedzili też Markizy – kilkanaście wulkanicznych wysp zagubionych na południowym Pacyfiku oraz Cusco – miasto w Peru, dawną stolicę imperium Inków. Wyliczać można by długo, ale i tak najbardziej lubią Mazury. Znają je całkiem nieźle z młodzieńczych wypadów na żagle i nigdzie tak dobrze nie odpoczywają jak w Krainie Wielkich Jezior. Wciąż jeszcze jest tu cicho (tylko odgłosy natury), miejscami dziko (wyspy na jeziorach), a dookoła wdzięczne do chodzenia lasy (w których można spotkać i sarnę, i jelenia, i dzika).

Jakiś czas temu udało im się namówić przyjaciół na wspólne zakupy – zafundowali sobie cudną działkę nad jeziorem Jagodne koło Rydzewa. Półtora hektara nad samą wodą swobodnie wystarczyło na cztery mazurskie wakacyjne domy. Zaprojektował je architekt Tomasz Tubisz. Wszystkie są tak naprawdę całoroczne, solidne, z betonu, tylko obłożone świerkowym drewnem. Choć podobne, każdy ma swój styl. Iwona i Dariusz za punkt honoru postawili sobie połączenie tradycji z nowoczesnością. Jest więc dach kryty gontem i fragmenty pruskiego muru, do tego ogromne, szklane tafle okien – i już dom nie wygląda rustykalnie.

W środku również mieszanka – świetnego dizajnu z naturalnym klimatem mazurskiej wsi i pamiątkami z różnych stron świata. Projekt wnętrza to też dzieło Tomka Tubisza, chociaż czasem inspirowane pomysłami Iwony, która jest wnikliwym obserwatorem. Jeśli coś wpadnie jej w oko, musi to mieć, szuka dotąd, aż znajdzie, choćby na końcu świata. Tak było z kominkowymi kaflami w orientalne wzory jak z perskich kilimów, które wypatrzyła gdzieś w gazecie i sprowadziła ze Szkocji. Strasznie długo na nie czekali, bo podróż statkiem przez kanał La Manche utrudniały szalejące wtedy sztormy. A kiedy wreszcie kafle dotarły na miejsce, okazało się, że jednak nie pasują do jasnoszarych ułożonych na kominku. Nie było wyjścia, szare przemalowali na ciemny grafit.

Wprost ze Szwajcarii Iwona przywiozła stołek ze skóry, który służy jako mały stolik na świece. Ale już skórzane uchwyty przy sypialnianych szafkach, wypatrzone także w szwajcarskich Alpach, zrobił białostocki kaletnik. Lampy są aż z Ameryki, właściwie to przyjechały jako meksykańskie wazony, a Dariusz zrobił z nich podstawy i dobrał abażury. – To jedyna rzecz w domu, która naprawdę świetnie mi się udała i którą sam zrobiłem – żartuje. Do tego dorzucili kilka dizajnerskich rzeczy kupionych już w Polsce, jak czarne krzesła Ghosty Philippe’a Starcka, z kolei fotele przed kominkiem i lampa nad stołem są z firmy MOOOI. O dziwo, w mazurskiej chacie okazały się świetnym pomysłem. Doskonale wyglądają na tle dębowej boazerii i w sąsiedztwie starych żubrzych skór z Białowieży rzuconych na postarzaną, także dębową, podłogę.

W tym domu zresztą wszystkie szczegóły dopracowane są po mistrzowsku. Nawet pudełka na chusteczki ozdobione decoupage’em w identyczne listki jak te na ręcznikach. Żeby wszystko idealnie pasowało. – To oczywiście zasługa Tomka – twierdzi Iwona. Ale nie tylko. Już od progu widać, że i mieszkańcy domu włożyli w urządzanie całe serce. Zawsze świeże bukiety, zapachowe kadzidełka, wiklinowe kosze. – Inaczej nie umiem, odpoczywam, urządzając dom. Pół godziny na leżaku i mam dosyć, a tu przecież ciągle jest coś do zrobienia.

Wieczorem Dariusz bierze sprawy w swoje ręce i porywa żonę na kolację. Idą nad jezioro, potem wsiadają do motorówki i płyną do którejś z pobliskich knajpek: na dania włoskie, filipińskie albo po prostu na pyszną mazurską rybę. Między Kozinem a Prażmowem w restauracji na barce rodowita Filipinka podaje miniaturowe gołąbki w liściach winogron, z jagnięcym farszem, polane miętowym sosem. W Ogonkach, koło Węgorzewa, serwują najpyszniejsze pod słońcem flaki z lina, a w Przekopie, w słynnej Starej Kuźni – rewelacyjne bliny.

Tekst i stylizacja: Kasia Mitkiewicz
Fotografie: Przemysław Andruk

reklama
reklama
reklama