Z tym mieszkaniem było jak z miłością od pierwszego wejrzenia. Taką, co to bierze cię we władanie i nie daje ani spać, ani jeść. Zanim nie będzie twoja.


Agata i Bartek wrócili niedawno z Barcelony, gdzie na kilka lat zatrzymała ich praca. Zdążyli wyremontować swoje niewielkie warszawskie mieszkanie, kupić nowe meble i… z ciekawości zaczęli przeglądać ogłoszenia o sprzedaży domów, tak bez specjalnego powodu. Kiedyś rozmawiali chwilę o tym, żeby poszukać czegoś większego, najlepiej z kawałkiem ogródka. Ale raczej za kilkanaście lat. Teraz chcieli odsapnąć, pomieszkać na swoim, zmęczeni obcymi mieszkaniami, które wynajmowali w Hiszpanii.
Z okazjami bywa jednak tak, że zjawiają się zazwyczaj w najmniej spodziewanym momencie. Przez przypadek na jednym z portali Agata wypatrzyła wieczorem „coś ekstra”. I od razu wiedziała, że nie może czekać.


– Tłumaczyłam sobie, że choć mieszkanie nie miało ogródka i wyglądało zupełnie inaczej niż w naszych marzeniach, było tym, czego potrzebowaliśmy – przyznaje. Co ją tak zachwyciło? Loft wysoki na trzy metry – industrialny, ale bardzo przytulny dzięki drewnianym dodatkom. Co więcej, wygodnie położony – na kameralnym osiedlu, blisko metra (dość istotne ze względu na pracę Bartka w centrum w jednym z dzienników), na ostatnim piętrze, z możliwością dobudowy tarasu (to rekompensata za brak wymarzonego ogródka).

 

Kolejny plus: nieopodal mieszkali przyjaciele, a nie da się ukryć, że Agata i Bartek są bardzo towarzyscy. – Ledwo doczekałam rana, żeby zadzwonić i umówić się na spotkanie. Nie mogłam spać, myślałam, czy nikt mnie nie ubiegnie, czy zdążę, czy właściciel się nie wycofa – wspomina. Jej rozterki miały potrwać jednak dłużej, bo umówili się „dopiero” za dwa dni. – To oglądanie nie było mi tak naprawdę potrzebne, i tak wiedziałam, że chcę tam mieszkać. Gdyby Bartek się zgodził, kupiłabym je w ciemno – mówi Agata. – Wiem, jestem w gorącej wodzie kąpana.

 

W rzeczywistości mieszkanie wyglądało jeszcze lepiej niż na zdjęciach. – Już wejście na osiedle mnie oczarowało – opowiada. – Wyglądało jak brama do tajemniczego ogrodu, skrzypiąca furtka ukryta w murze, w głębi ciche podwórko tonące wśród zieleni, a wszystko to zaledwie sto metrów od ruchliwej ulicy. Poza tym samo poddasze nie wymagało prawie żadnych przeróbek. Tym bardziej, że właściciel chciał zostawić nam robione na wymiar drewniane szafy i komody przez siebie zaprojektowane. Zmieniliśmy jedynie łazienkę na nieco nowocześniejszą.

 

Ich poprzednie mieszkanie było kolorowe. Znajomi śmiali się, że czuło się klimaty hiszpańskie, może nawet meksykańskie. Tym razem miało być prosto i spokojnie. – Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym całkiem zrezygnowała z koloru. Żeby ożywić pokoje, dodaliśmy krwistą, pulsującą czerwień. Pełną dobrej energii. Zresztą o jej wyborze w pewnym sensie zdecydowała konieczność. Po prostu szkoda było nam rozstawać się ze świeżo kupioną czerwoną kanapą. To duży i znaczący mebel. Z drugiej strony taka powściągliwość kolorystyczna to może kwestia dojrzałości – śmieje się Agata. – Zmieniliśmy się przez te kilka lat, hmm, po prostu się starzejemy.

Tekst: Aldona Bejnarowicz
Stylizacja: Katarzyna Sawicka
Fotografie: Piotr Gęsicki
 

reklama