W różanecznikowym ogrodzie

Ogrody małe i duże

Co można zrobić z miłości do kwiatów? Założyć ogród. Jak pewien hrabia, który z wdzięczności za uratowanie życia oddał różanecznikom pięćdziesiąt trzy lata i kilka hektarów.

Nie, nie mam ochoty tam jechać, to musi być kicz – upierała się moja znajoma, ale gdy w końcu namówiłem ją na wycieczkę do ogrodu w Wojsławicach na Dolnym Śląsku, oniemiała. Kończył się maj, wszędzie kwitły azalie, różaneczniki. Trudno uwierzyć, że natura zna takie kolory i taką obfitość (kwitnienia), choć czasem, właśnie z tego powodu różaneczniki niektórym wydają się kiczowate – amaranty i karmazyny obok pomarańczy, fiolety w sąsiedztwie żółci i tylko wanilia albo biel trochę łagodzi obyczaje.

Ale Fritz von Oheimb, który ogród wymyślił i urządził, pokochał różaneczniki albo, jak kto woli rododendrony, miłością bezwarunkową. Śląski ziemianin, jeśli wierzyć legendzie, dla podreperowania zdrowia często bywał w szwajcarskich sanatoriach, a że uwielbiał spacery po Alpach, wykorzystywał na to każdą wolną chwilę.

Podczas jednej z takich wędrówek przytrafił mu się wypadek – runął z wysokiego zbocza, ale na szczęście w zarośla... różanecznika alpejskiego. Rośliny złagodziły upadek, ratując mu życie i od tego czasu zaczął je hodować w swoim ogrodzie w Wojsławicach pod Wrocławiem, gdzie w 1880 roku kupił 150-hektarową posiadłość. Był początek XX wieku, a pan Fritz miał już trzysta odmian różaneczników.

reklama


Ten znawca roślin o duszy kolekcjonera, który każdą wolną chwilę poświęcał zgłębianiu wiedzy o florze, wydał niemałe pieniądze na nowe i kosztowne wówczas okazy drzew, krzewów i bylin. Jakimś cudem ogród przetrwał wojenną zawieruchę, potem często zmieniał właścicieli. W końcu trafił pod troskliwą opiekę Uniwersytetu Wrocławskiego oraz dyrektora Tomasza Nowaka, i powoli wraca do dawnej świetności.

Wojsławice to miejsce magiczne. Można je odwiedzać wiele razy i zawsze odkrywać na nowo, po kilku wizytach traktując jak własny ogród. Odwiedziny w arboretum rozpoczynam od sprawdzenia, co się zmieniło, czy moje ulubione rośliny urosły. Znam wielu, dla których ten park stał się skarbnicą pomysłów, którzy wyjeżdżali stąd z listą zakupów roślin i pełną dokumentacją w postaci niezliczonych zdjęć, jak je pielęgnować.

Już po krótkim spacerze zorientujemy się, że różaneczników nie ma co sadzić bez osłony drzew albo choćby przy ścianie budynku, że nie lubią rosnąć na trawniku – bo to rośliny „stadne” i uwielbiają swoje towarzystwo. Służy im także kompania funkii i paproci, które mają podobne jak rododendrony wymagania. No i najważniejsze – ziemia.

Fritz von Oheimb wiedział, co robi, zwożąc różaneczniki do Wojsławic, gdzie gleba jest żyzna i kwaśna, klimat łagodny, a opady częste. Dzięki temu dziś możemy podziwiać gigantyczne, bo nawet pięciometrowe okazy rododendronów. Ale niektórzy sądzą, że to nie tylko zasługa wyśmienitych warunków. Fritz von Oheimb wciąż ma baczenie na rośliny, bo został pochowany w swoim ukochanym ogrodzie.


Tekst: Tomasz Grochowski
Fotografie: Liliana Sokołowska