­­­Para Anglików polubiła francuską grę w bule. A potem dziki park połączyła z wersalskim ogrodem geometrycznym.

I kto mówi, że stereotypów nie należy łamać?

– To dla dekoracji, czy naprawdę gracie? – pytam podejrzliwie na widok prostokąta utwardzonego piasku, na którym ktoś rozrzucił srebrne kule do gry w bule. Podejrzliwie, bo Fiona i Chris to przecież stuprocentowi Anglicy, a bule są zabawą typowo francuską.
W ogóle coś mi tu nie pasuje. Karłowate drzewka i równo przycięte bukszpany (wszystko tak dopracowane, że aż nierealne) bardziej pasują do geometrycznych ogrodów podparyskich rezydencji niż brytyjskich parków. A przecież jestem w hrabstwie West Yorkshire w północnej Anglii.

– Gramy, gramy – przytakuje rozbawiona Fiona i prowadzi do drugiej części ogrodu. A tu… nagły zwrot akcji. – Uff, już się martwiłam o waszą brytyjskość – śmieję się serdecznie, widząc naturalny angielski park ze starodrzewem (lipy, dęby, buki) i równo przystrzyżonym trawnikiem. Pośrodku stawik obrośnięty kaczeńcami i sitowiem. Kaczki-rzeźby zrobione z wikliny tworzą sielską atmosferę.

Działka wraz ze starym wiktoriańskim domem leży niedaleko słynnego uzdrowiska Boston Spa – miasteczko założył w 1744 roku lekarz John Shires, który odkrył tu złoża magnezu, wapnia i siarki. Mała dotąd wieś zaczęła się szybko rozrastać, a w okolicy jak grzyby po deszczu wyrastały kolejne rezydencje. Jedną z nich kilka lat temu kupili Fiona i Chris. Od lat projektują ogrody, więc urządzenie swojego własnego było prawdziwą przyjemnością.

Ponieważ działka ma kształt litery L, podzielili ją na dwie części. A że lubią południe Francji i dobrą zabawę, urządzili boisko do gry w bule. – Trudno przyznać to Anglikowi, ale bule naprawdę się Francuzom udały – śmieje się Chris. – Gra spodobała się sąsiadom, coraz częściej przychodzą na partyjkę.

I tylko nie wiadomo, co ich bardziej przyciąga: gra czy ciekawy ogród? Bo i ten drugi, na tle monotonnych trawników za płotem, zwraca uwagę w całej okolicy. – Największe wrażenie robi moja kolekcja bambusów – przyznaje Chris. – Lubię te czarne, Phyllostachys nigra – w Chinach wykorzystywane są do robienia instrumentów. Ale mamy też całe mnóstwo anemonów i najróżniejsze byliny: werbenę patagońską czy trytomę Bee’s Lemon – opowiada. I dodaje, że oprócz gry w bule proponuje też sąsiadom warsztaty ogrodnicze – podpowiada, co sadzić, gdzie i kiedy. – Co tu dużo gadać, mają nas za dziwaków. Ale widać niegroźnych, skoro jednak chętnie zaglądają.

Tekst: Christopher Holliday/Harpur Garden Images
Tłumaczenie: Monika Utnik-Strugała
Fotografie: Jerry Harpur/Harpur Garden Images

Nr 2 (110/2012)