Wystarczyło pół hektara ziemi, żeby pani fizyk i pan inżynier stali się zapalonymi ogrodnikami. Ona bez pamięci zakochała się w liliach, on rozpędził rzekę.

Niewiele brakowało, a Iwona i Andrzej zrobiliby świetny interes. Dwadzieścia lat temu kupili łąkę pod Wrocławiem. Chcieli na niej zarabiać, chcieli uprawiać warzywa. Ale że z ogrodnictwem nie mieli wcześniej wiele wspólnego, popełnili mnóstwo błędów i pomysł spalił na panewce. Posadzili więc drzewa, zbudowali dom, a wokoło urządzili ogród.

Działka jest dość nietypowa – taki korytarz, szeroki na 40 m i długi na 140 m. Zanim jednak właściciele, wspólnie z architektką zieleni, wymyślili ogród, postawili kilka warunków.

Po pierwsze: miał cieszyć oko przez cały rok. Musiał więc być różnorodny, a posadzone w nim rośliny powinny kwitnąć nie wszystkie naraz, ale w kolejnych miesiącach, malując kolorem miejsce po miejscu. Zaczyna się od tulipanów, irysów, poprzez bodziszki, lilie, funkie, po astry i helleborusy. Do tego kilka dużych drzew: sosna czarna, lipa krymska, jarzębina, perukowiec.

Po drugie: chcieli na działce poczuć przestrzeń, widzieć niebo i horyzont. Marzyli o tym, aby teren nie był przeładowany kształtami, kolorami, zapachami. Miał być ucztą dla oczu i duszy, ale i miejscem dla hasających na rowerach wnuków. Dlatego bliżej domu – dekoracyjne kwiatowe rabaty i przycięte klomby, a dalej – coraz więcej trawy i żywopłotów dzielących ogród na mniejsze, zielone pokoje.

Wreszcie po trzecie: wśród roślin ma być woda i dużo kamieni. Z kamieni postanowili ułożyć wszystkie ścieżki. Z kamieni zbudowali też koryta strumieni prowadzących wodę do stawu. Z wielkich głazów powstała romantyczna grota.

Dzisiaj ogród wygląda bardzo naturalnie, jednak było z tym wiele problemów. Staw zarastał szybko glonami, wpuszczone do niego ryby zniszczyły kilka roślin, dzięki którym woda była krystalicznie czysta (moczarkę kanadyjską, rogatka sztywnego, grzybienie), a wyłożone kamieniami strumienie za głębokie, hamowały płynącą wodę. Na szczęście Andrzej, inżynier, poradził sobie z nieposłuszną naturą. Zamontował kilka filtrów i pompę, która wspomaga strumienie.

W czerwcu zaczyna się czas lilii. Iwona zasadziła na rabatach już blisko sto gatunków. Skąd się wzięło to zamiłowanie do pięknych, ale niełatwych w uprawie kwiatów? – Wszystko przez lilię Martagon, którą dostałam w prezencie od ucznia – wspomina Iwona. – To trudna odmiana, wymaga od hodowcy dużej wiedzy. Zaczęłam więc zgłębiać tajniki uprawy i wpadłam po uszy. Żeby sprostać zadaniu, zapisała się nawet do Towarzystwa Miłośników Lilii (lilienaszehobby.pl). Kwiaty tak bardzo Iwonę zafascynowały, że od sześciu lat jest jego prezesem.

Tekst: Beata Stobiecka
Fotografie: Lilianna Sokołowska

Nr 6 (114/2012)