reklama

Ogród japoński tylko dla cierpliwych

Ogrody małe i duże

Pomysł nie jest dla narwańców. Potrzeba mnóstwo cierpliwości, by rzecz doprowadzić do końca. Waldemar coś o tym wie. Właśnie mija osiem lat, od kiedy posadził pierwsze bonsai.

Był wtedy w Leverkusen pod Kolonią, mieście słynącym z aspiryny. Znajomy poradził mu, by wstąpił do Muzeum Sztuki Współczesnej z pracami Andy’ego Warhola i Yves Kleina, a potem zobaczył położony obok ogród japoński. Waldemar oniemiał i obiecał sobie, że też kiedyś będzie taki miał.

Ogród w Leverkusen założył na początku wieku Carl Duisberg, jeden z właścicieli fabryki leków Bayer. Krążą plotki, że Carl zatrudniał u siebie Japończyków i że to oni zaprojektowali zieleń. Według innych – wybrał się kiedyś w delegację do Japonii i od tamtej pory pokochał wszystko, co japońskie. Jak by nie było, dzieło fabrykanta do dziś przyciąga i inspiruje. Zainspirowało też Waldemara. Po powrocie do domu zaczął kupować książki (poleca „Ogród japoński po polsku” Marka Majorowskiego), magazyny i wertować internet w poszukiwaniu wszystkiego o filozofii ogrodów japońskich. Okazało się, że nie jest sam, szybko odnalazł ludzi, podobnie jak on zakochanych w Kraju Kwitnącej Wiśni. Kiedy z żoną Renatą kupili działkę i wybudowali dom, zaczął spełniać marzenie.

Miał szczęście – ziemia okazała się wyjątkowo urodzajna, a dość łagodny klimat południowo-zachodniej Polski sprzyjał roślinom, które potrzebują ciepłego i wilgotnego powietrza. – Zieleń zaprojektowałem i pielęgnuję sam od ośmiu lat – mówi nie bez dumy. A potrzeba co najmniej dekady, by nabrał kształtu. Brakuje więc jeszcze trochę czasu, ale już teraz zachwyca. Nie jest duży, widać go w całości z tarasu. – Na tym właśnie polega ogród obrazowy, to znaczy, że można go objąć jednym spojrzeniem – tłumaczy Waldemar. – Wysokie drzewa nie mogą rosnąć na pierwszym planie, bo zasłonią widok. To jasne. Ale rezygnujemy też z nadmiaru ścieżek, aby spacerujący goście nie wchodzili nam w kadr.

Jak to w japońskim ogrodzie – najpierw rzucają się w oczy głazy. Waldemar kupował je od właścicieli okolicznych pól albo dostawał od znajomych, którym za nic nie pasowały na działce. Wśród drzew najwięcej jest sosen, jeden buk, a wkrótce pojawią się klony japońskie. Nie zabrakło oczywiście rododendronów i azalii we wszystkich odcieniach różu, kilku krzewów hortensji i irysów. Kwiatów jest jednak mało, znacznie więcej jałowców, bukszpanów, funkii i traw.

Na środku oczko wodne z rybami i drewnianym mostkiem (takim samym jak w Leverkusen) – znakomitym punktem widokowym. Do tego ażurowa altana, domek na narzędzia, kamienne latarnie i rzeźby kupowane w japońskich sklepach podczas podróży po Europie. Waldemara i Renatę najbardziej cieszy pawilon herbaciany – zbudowany według wszelkich prawideł sztuki, jedynie na dachu zamiast japońskiego sitowia leży polska strzecha. Powiesili w nim lampiony sprowadzone z Niemiec. Renata zaprasza tu gości na czarkę zielonej herbaty. Jest nastrojowo. A czy tak jak w oryginale? Niedługo się przekonają – właśnie zabukowali lot do Japonii.

Tekst: Beata Stobiecka
Zdjęcia: Lilianna Sokołowska

reklama