Mają swój styl i tak namalowane detale, że można je godzinami studiować pod lupą. I wcale nie są tylko biało-niebieskie.


Na profesora Wojciecha Kowalskiego kolekcjonowanie spadło przypadkiem. – Miałem doskonałe stosunki z dziadkami, ciotkami i często u nich bywałem. Jadało się na fajansowych, zdobionych błękitem talerzach niekoniecznie z jednego serwisu, bo sporo się potłukło w czasie różnych zawieruch. Tak mi się spodobały, że kilka dostałem – wspomina. Profesor nie był wtedy profesorem, tylko studentem prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim. Szybko zorientował się, że fajans nie jest drogi, więc zaczął kupować: angielski, niemiecki, francuski. – W pewnym momencie doszedłem jednak do wniosku, że nie można iść w ilość. I postawiłem na delfty – opowiada o tym, jak podniósł sobie kolekcjonerską poprzeczkę. Dzisiaj ma 150 przedmiotów, które powstały w najlepszych niderlandzkich wytwórniach.

Fajans fajansowi nierówny. Włosi mają swoją „maiolikę”, Francuzi „faïence”, Niemcy „fayence”, Anglicy „delftware”, a Holendrzy „Delfts blauw”. Wszystkie naczynia są jednak zrobione w podobny sposób: wypalane z gliny w temperaturze niższej niż porcelana. Wszystkie mają grubsze ścianki pokryte szkliwem, aby je zabezpieczyć przed wilgocią. Ale to delfty są wyjątkowe.

Moda na biało-błękitne naczynia przywędrowała do Europy na początku XVII wieku, kiedy to żaglowce Kompanii Wschodnioindyjskiej przywoziły je z Chin. Problem pojawił się w 1647 roku, gdy z powodu wojny w Chinach zerwały się kontakty handlowe z tym zamorskim państwem, a wszyscy chcieli mieć nadal te same naczynia. Wtedy swoje pięć minut dostało miasto Delft, gdzie w krótkim czasie powstało trzydzieści manufaktur fajansu, nazywanego wtedy „Delffse porceleyne”. Holendrzy zaczęli od mozolnego kopiowania chińskich mistrzów z dynastii Ming i byli w tym naprawdę doskonali. Z czasem malowany egzotyczny świat zastąpiły pejzaże okolicznych pól, swojskie kwiaty i popularne biblijne opowieści. Wszystko zrobione tak idealnie, że nie tylko konkurencja z sąsiednich krajów, a nawet sami Chińczycy zaczęli kopiować delfty!

Profesora Kowalskiego zachwyciła śmiałość kreski oraz różnorodność przedmiotów. – Ostatnio zdobyłem na aukcji spluwaczkę z połowy XVIII wieku, która dziś jest niezwykle rzadka, choć w dawnych Niderlandach żucie i palenie tytoniu było bardzo rozpowszechnione – opowiada. Oczywiście najwięcej ma talerzy, które trafiały nie tylko na stół, ale i na ściany (od spodu miały „fabrycznie” zrobione dwie dziurki do powieszenia) oraz różnego kształtu wazonów. Z fajansu robiono wszak też puzderka, tabakierki, a nawet stojaki na peruki czy uchwyty szczotek do włosów.

Kiedyś profesor wylicytował miniaturowy bucik. Nie dawało mu spokoju, do czego służył. Wreszcie gdzieś wyszperał, że pan młody dawał swej wybrance parę takich bucików jako symbol nierozerwalności małżeństwa.

Z czasem błękit się znudził i naczynia nabrały kolorów. – Wyjątkowo cenne są czekoladowe wazy z XVIII wieku – tu profesor pokazuje sygnaturę. Niestety, nie mam tak zwanych złotych delftów. Robiono je przez krótki czas i niezmiernie trudno je już dzisiaj zdobyć – boleje. Pocieszył się co prawda dobrą XIX-wieczną kopią, która daje wyobrażenie o pięknie tych naczyń, to jednak nie to samo co oryginał. – Ale właśnie trafiłem na pewien trop – uśmiecha się tajemniczo.


Tekst: Beata Woźniak
Zdjęcia: Arkadiusz Podstawka/ Muzeum Narodowe we Wrocławiu

„Odcienie błękitu. Niderlandzkie fajanse z kolekcji profesora Wojciecha W. Kowalskiego oraz Muzeum Narodowego we Wrocławiu”. Wystawa czynna do 30 czerwca.

reklama