werandacountry.pl werandaweekend.pl
reklama

Dzwonki, dzwoneczki

Kolekcje

Mają serce, duszę, usta. Śpiewają na szczęście i na zgubę, na śmierć i życie wieczne. Odlewane, kute, ryte w drewnie, kryształowe, porcelanowe, z muszli albo skorupy żółwia.

Jedne grają jak stepowe skowroneczki, a ich dźwięk brzmi w uszach przez wiele sekund, inne grzechoczą, klekoczą jak bociany. Pamiątkowe i obrzędowe, hotelowe i bojowe, do cyrku, haremu i na mszę. Jedne nosili kapłani, inne dziewice, a jeszcze inne hurysy wirujące w erotycznym tańcu. Były dzwony fundowane na wieże kościelne albo zegarowe, do przydrożnej kapliczki. Inne dla słonia (na co dzień i do weselnego rynsztunku), wielbłąda, owcy, wołu. Te największe i najcenniejsze witano na świecie jak kogoś zacnego – wodą i solą, a potem namaszczano olejami, okadzano i chrzczono, żeby podkreślić ich znaczenie.

Od wielkiego dzwonu
Najsłynniejszy dzwon w Polsce – Zygmunt – serce na szczęście ma, i to nie byle jakie. Waży ponad trzysta kilogramów. Ulał go ze stopu miedzi i cyny Jan Beham, mistrz z Norymbergi. Królewskie zlecenie na tę robotę otrzymał w czerwcu 1520 roku (ponoć Zygmuntowi Staremu zamarzył się własny dzwon, gdy usłyszał toruńską Tuba Dei, czyli Trąbę Bożą, ufundowaną przez mieszczan dwadzieścia lat wcześniej).
Kraków po raz pierwszy usłyszał jego bicie w lipcu rok później. Żeby Zygmunt zaśpiewał, potrzeba dwunastu chłopa. Chwytają oni sznury i ciągną je z całej siły, by rozkołysać dzwon. Trwa to kilka minut. Unoszą się i opadają, stopy odrywają się od podłogi. Kiedy serce uderza o dolną krawędź płaszcza, Zygmunt wydaje przejmujący głos. To ciężka i niebezpieczna praca. Przekonał się o tym jeszcze przed wojną niedoświadczony dzwonnik. Nie puścił w porę liny i rozkołysany olbrzym wyciągnął go przez okno dzwonnicy. Szczęśliwie mocno się trzymał, więc za moment dzwon wciągnął go znowu na wieżę.
Odlewaniem takich olbrzymów jak Zygmunt zajmują się ludwisarze. Ich najsłynniejsze dzieła biją dziś „od wielkiego dzwonu”. Ale nie zawsze tak było. „Vivos voco, mortuos plango, fulgura frango” – „żywych zwołuję, zmarłych opłakuję, pioruny kruszę” – ta inskrypcja na dzwonie katedry w Szafuzie w Szwajcarii najlepiej opisuje rolę, jaką przypisywali im dawniej ludzie. Nie tylko wyznaczały rytm życia, bo zwoływały na msze, ogłaszały ciszę nocną, początek i koniec targowiska, nowy rok itd., ale też chroniły przed kataklizmami. A w każdym razie wierzono, że mają taką moc. Głos dzwonu urastał niemal do symbolu Bożej Opatrzności. Takich dzwonów nie sposób jednak kolekcjonować. Małe też mogą być rarytasami.

Dźwięczne talizmany
Kute i klepane są starsze od odlewanych, które pojawiły się dopiero w epoce brązu. W Chinach używano ich już w II tysiącleciu p.n.e. Niekoniecznie jednak miały kształt dziś kojarzący się z dzwonkiem. Te, które feng shui traktuje jako remedia pomagające dobrej energii wnikać i przepływać przez dom, to rurki różnej długości wydające delikatne dźwięki, gdy ocierają się o siebie nawzajem. Starożytne cywilizacje Japonii, Indii i Środkowego Wschodu znały dzwony najróżniejszych rodzajów. Od VII w. p.n.e. małych dzwonków używali też Grecy i Etruskowie. Przejęli je od irańskich ludów jeździeckich, którym służyły jako talizmany obronne zawieszane na uzdach koni. Kto pierwszy użył dzwonka – nie wiadomo. Jedno jest za to pewne, nie ma na świecie kultury, w której nie byłby on znany i wykorzystywany do magicznych obrzędów: od wyganiania złych mocy, przez zaklinanie szczęścia, do pośredniczenia w rozmowie z bóstwami.


Kolekcja z podróży
Minęło już 35 lat, kiedy czar rzuciły na kolekcjonera Lecha Pileckiego. Podróżował akurat z żoną po Mongolii. Spali w jurcie na stepie, pili słoną herbatę z kobylim mlekiem. Było dziko i romantycznie. Któregoś dnia zawitał do nich wędrowny handlarz. Żona zachwyciła się bransoletką, Lech zapłacił, handlarz nie miał wydać. Dołożył więc do bransoletki utytłany w kurzu dzwonek „dla ubicia targu”. Nie spodobał im się, miał jakiś dziwny dźwięk. Ale wzięli, bo inaczej handlarz nie sprzedałby bransoletki. Gdy go oczyścili, okazał się bardzo stary. – Należał kiedyś chyba do mnicha buddyjskiego – mówi Lech Pilecki. – Ma w sobie zaklętą duszę. Od niego zaczęła się przygoda mojego życia.

Najwspanialsze i najcenniejsze okazy pochodzą ze Wschodu – Indii, Pakistanu, Tybetu, Chin, Birmy, Iranu. Niezwykłe obrzędowe dzwonki przywiózł z Afryki. Niektóre zdobywał z poświęceniem sam, inne znosili dla niego znajomi. Niewiele brakowało, a w Korei Północnej oddaliby życie za jeden z eksponatów, bo gorliwi żołnierze zaczęli do nich strzelać. Z kolei na Wyspie Wielkanocnej pasterz uparcie wciskał mu lokalny zbyrcok wraz z noszącym go baranem i nie chciał zrozumieć, że chodzi tylko o dzwoneczek. Na Sri Lance służby lotniskowe myślały, że ma bombę w bagażu, a w Bombaju policjant zarekwirował mu kilka eksponatów, wśród nich jeden z pięknymi scenami z Kamasutry. Walczył pół roku, ale odzyskał.

Serce z perły
Oglądamy cudowny dzwonek z Iranu. Przypomina kształtem kopułę meczetu. – Każdy detal jest zrobiony ręcznie. Trwa to minimum pół roku – opowiada kolekcjoner. – Najpierw z mosiężnej blachy wycinane jest koło, potem trzeba je położyć na drewnianym, wyżłobionym klocku. Teraz już tylko pozostaje ręczne bicie przez kilka miesięcy, aż dzwonek nabierze kształtu misy.
Wreszcie grawerunki: są tu perscy wojownicy, polowanie na jelenia, pojedynek. Mistrzowska robota. Takie dzwonki ludzie wieszają przy drzwiach domów w Isfahanie i okolicach. A tu cała kolekcja dziwnych zwierzątek z Indii. W siateczkowatych metalowych brzuszkach mają kamyki, które potrząsane wydają dźwięki. To dzwonki kąpielowe – największy nad rzekę zabierała matka, mniejsze – dzieci. Dzięki różnym tonom rozpoznawała swoje maluchy.

Dzwonki mają na spodzie tarki, służyły też do szorowania pięt. Obok, należący do jakiegoś maharadży, dzwonek obronny – trzyma się go za buławę z jednej strony zakończoną grotem. Wojownik najwyraźniej kogoś nim dźgnął, gdyż ostry czubek jest solidnie wygięty. Kapitalnie wyglądają angielskie dzwonki w kształcie postaci w strojach z różnych epok. Najstarsze figurki powstały w XVIII wieku. Malutkie dzieła sztuki.
Przekupki gestykulują, wielkie damy zadzierają nosa, panowie wypinają dumnie pierś – twarzyczki zadziwiają mimiką, a stroje detalami.
Pozłacana stupa z Nepalu to gong i jednocześnie naczynie.
Młodzi mnisi noszą takie, gdy chodzą po wiosce, prosząc o gotowany ryż. Ubijają go właśnie w kielichu dzwonka, a potem zjadają wraz ze świętymi sentencjami, które są wyryte wewnątrz gongu, a odbijają się na ryżu.
Japoński ślubny dzwonek jest piętrowym naczyniem, z którego mogą w tym samym czasie pić nowożeńcy. Jego serce to perła. Koptyjskie przypominają kształtem kamerton i są rodzajem grzechotki. Nazywają się sistrum, mnisi chodzą z nimi podczas mszy i wybijają rytm. Toastowe z Boliwii i Peru to cała kiść małych janczarków na stojaku z nóżkami. Jeśli ktoś chce podczas imprezy zabrać głos, nie musi uderzać nożem w kieliszek, lecz potrząsa tą dźwięczącą konstrukcją.
Afrykańskie nie wyglądają jak dzwonki, lecz jak maski rytualne. Służą do magicznych zabiegów, na przykład zaklinania deszczu, dobrych zbiorów, długiego życia, waleczności i siły, płodzenia dzieci, zamawiania chorób. Nie ma dwóch takich samych, podobnie jak nie ma dwóch, które wydawałyby taki sam dźwięk. Na tym polega magia dzwonków.

Tekst: Anna Ozdowska
Fotografie: Joanna Kossak, Karolina Migurska, Elżbieta Socharska, Fotochannels, Alamy/BE&W, East News

reklama
reklama