reklama

Jak zmieniło się żelazko

Kolekcje

Kamieniem, szkłem, żelazem – prasowanie nigdy łatwe nie było. Przez wieki głowiono się nad tym, by pomięte kołnierzyki nie raziły estetycznych uczuć.

Powiedzmy sobie szczerze – nikt chyba nie lubi prasować. Zajęcie to nudne, żmudne i czasochłonne. Niektórzy próbują go unikać, zmyślnie rozwieszając mokre pranie na suszarce, inni inwestują w nafaszerowany elektroniką sprzęt o superśliskiej stopie. Pomaga to niewiele, bo prasować i tak trzeba. A przecież kiedyś bywało znacznie gorzej.

Nie dość, że praca ta męczyła, to bywała niebezpieczna. Nie na darmo pouczał Stanisław Rewieński w „Tece oszczędnych wskazówek” wydanej w 1887 roku: „Oszczędniejsze są żelazka ogrzewane węglem lub nawet torfem, lecz przy ich użyciu trudno uniknąć dymu i swędu, które mogą spowodować zaczadzenie”. Ot i dylemat: zdrowie narażać czy ładnie wyglądać? Oczywiście – ładnie wyglądać.

Na zimno

Wszystko zaczęło się od zwykłego kamienia. Wygładzone, obłe kamienie oraz podobne w kształcie przedmioty ze szkła znajdowano w pochodzących z wczesnego średniowiecza grobach. Dziś możemy je uznać za prototyp żelazka, choć prasowanie za ich pomocą musiało być uciążliwe. Po pierwsze, nie były raczej rozgrzewane. Tkaninę najpewniej układano na równej desce, zwilżano wodą i pocierano kamieniem czy szkłem. „Na zimno” prasowano jeszcze w wielu miejscach aż do XIX wieku, zwłaszcza wtedy gdy chodziło o drobne prasowanie i nie opłacało się rozgrzewać normalnego żelazka.

A to pojawiło się już w późnym średniowieczu. Nie zawsze było żelazne, robiono je i z kamienia, przyprawiając metalową rączkę, ale sam sposób działania pozostawał identyczny. Potrzebne było źródło ciepła – otwarty ogień lub kuchenka – oraz miotełka, piasek i szmaty. Żelazko wstawiano na żar, a gdy się rozgrzało, wsadzano w piasek dla oczyszczenia z sadzy i przecierano miotełką oraz szmatami.

Wszystko to mocno męczyło. Nie dość, że urządzenie ważyło nawet i sześć kilo, to jeszcze trzymano je przez szmatkę, bo rączka parzyła. Prasowano szybko, inaczej żelazka stygły i od nowa musiały się nagrzewać. Stąd zamożniejsze rodziny miały ich po kilka sztuk, a do tego jeszcze specjalne piecyki. Inny pomysł to żelazka obrotowe. Wykonany z litej stali korpus miał dwie stopy na obrotowej rączce. Metal nagrzewano, a gdy ostygł z jednej strony, obracano go na drugą.


Gorący wsad

Zapotrzebowanie na sprawne żelazka w XIX wieku było ogromne. Rzecz szła nie tylko o modę, ale i osobistą higienę, gorące żelazo bowiem częściowo chociaż odświeżało bieliznę i odzież. Julian Ursyn Niemcewicz w „Podróżach historycznych po ziemiach polskich w latach 1811 – 1828 odbytych” notował, że w kopalniach i hutach w miejscowości Chlewiska „już pięć tysięcy cetnarów żelaza się wytwarza”. Urobek zaś na miejscu był przerabiany na kotły, osie i garnki, a „dziś zaczęto lać żelazka do prasowania”.

Pierwszym udoskonaleniem było wprowadzenie żelazka z duszą. Żelazny wsad nagrzewano na kuchence i umieszczano wewnątrz specjalnego urządzenia wykonanego najczęściej z mosiądzu. Rączkę izolowano drewnem lub porcelaną, a samo żelazko często zdobiono metalowymi elementami.

W domach bywało po kilka dusz do żelazka – gdy korzystano z jednej, druga się nagrzewała. Wynalazek ten miał podstawową zaletę – nie brudził prasowanej bielizny. Nie wyparł jednak żelazek lanych, do których też wprowadzono pewne udogodnienia: w 1871 roku niejaka pani Mary Potts opatentowała własne żelazko z odczepianą rączką, dzięki czemu uchwyt już nie parzył. Dodatkowo z żelaza robiono mu tylko stopę i boki, a wypełniano materiałem słabo przewodzącym ciepło, na przykład gliną.

W ten sposób metal dłużej pozostawał nagrzany. Każdy rodzaj żelazka miał inne zastosowanie, o czym informuje swoje czytelniczki Ćwierczakiewiczowa: „żelazo do prasowania drobiazgów powinno być stalowe bez duszy, (...) żelaza węglami drzewnemi ogrzewane są bardzo oszczędne, lecz mają tylko zastosowanie przy prasowaniu bielizny z magla, wilgotną mogą popiołem pobrudzić”. Specjalne żelazka służyły również do zaprasowywania koronek, inne z kolei do „rurkowania” czepców i gorsetów.


Uprzywilejowane mieszczuchy

Żelazka opalane węglem drzewnym zwane były kokotkami, bo ich rączki dekorowano często figurką koguta. Łapiąc za ozdobę, można było podnieść wieczko i nasypać do środka gorących węgli. Tu jednak pojawiał się problem, bo bez dostępu powietrza węgle przygasały. Niektóre modele miały otwory wzdłuż stopy, jednak wtedy łatwo było ubrudzić tkaninę. Na innych montowano komin umożliwiający cyrkulację powietrza.

Oprócz węgla używano przeróżnych paliw: denaturatu, karbidu, benzyny, a nawet gazu. Żelazka tego rodzaju, już ze stalową stopą i emaliowanym często korpusem, miały charakterystyczny zbiornik na płynne paliwo zamontowany z tyłu. W żelazkach gazowych znajdował się zawór, do którego podłączano wyprowadzaną ze ściany rurkę z gazem. Tak prasować mogli jednak tylko mieszkańcy dużych miast, w których działało już gazowe oświetlenie. Alternatywą było podłączenie urządzenia do butli.

Technologicznym przełomem okazało się zastosowanie elektryczności. W 1881 roku Henry W. Seely z Nowego Jorku otrzymał stosowny patent. Jego żelazka nie podłączało się jednak na stałe do kontaktu podczas prasowania. Urządzenie stawiano na specjalnej płycie, podczepiano do prądu i czekano, aż się nagrzeje. Dopiero wtedy można było przystąpić do pracy.

Z czasem model udoskonalono i żelazko podłączano dwoma osobnymi drucikami bezpośrednio do źródła prądu. Druciki znajdowały się w górnej części urządzenia. A to dlatego, że w domach brakowało kontaktów i żeby prasować, odłączało się od prądu żarówkę w suficie i podłączało żelazko. Stąd prosty wniosek, że prasować można było jedynie za dnia.


Niedogodności te zostały z czasem usunięte, a elektryczne żelazko podłączano już do kontaktu. Nowy wynalazek szybko zdobył popularność, choć gospodynie niechętnie rezygnowały z tradycyjnych metod prasowania – głównie na wsiach, gdzie dostęp do prądu był ograniczony. Do zmiany przyzwyczajeń zachęcał E. Hilczer w niewielkim dziele „Żelazko elektryczne” z 1922 roku: „żelazko elektryczne (...) pracuje nadzwyczaj czysto, nie wymaga utrzymywania żaru czy też ciągłej zmiany duszy, jak żelazka zwyczajne, przez co zaoszczędza dużo czasu”. Do długiej listy zalet można dodać także wynalezienie termostatu, który pojawił się w latach 30. XX wieku, oraz zbiorniczek na wodę, zwilżający prasowaną bieliznę.

Technologiczne nowinki wpływały także na wygląd żelazek. Ciężkie, żelazne klocki z drewnianą czy kutą rączką zastąpiły nowoczesne urządzenia produkowane z kilku materiałów. Stopa pozostawała stalowa, jednak korpus robiono z emaliowanej stali, plastiku, a nawet porcelany. Popularna w latach 30. estetyka streamline’u natchnęła producentów do wyrobu żelazek o opływowych, smukłych kształtach. Korpusy malowano na wszystkie kolory tęczy, dodawano elementy chromowane czy drewniane i zaopatrywano je w pokrętła oraz wskaźniki, które przywodzą na myśl raczej luksusowy samochód niż poczciwe żelazko.


Tekst: Stanisław Gieżyński
Wykorzystano: E. Balcerzak i inni „Wybrane problemy kultury materialnej polskich miast w XVIII i XIX wieku”, 1983; R. Reinfuss, „Ludowe kowalstwo artystyczne w Polsce”, 1983; J. Raymond „Streamlined irons”, East Stroudsburg, 2008 (www.streamlinedirons.com)
Fotografie: z kolekcji Piotra Widenki, Muzeum Narodowe we Wrocławiu/www.mnwr.art.pl, Muzeum agd w Krakowie/www.agdmuzeum.republika.pl. Diomedia, East News, Flash Press Media, Forum, Stockfood/Free, Shutterstock.com 

reklama