Bywały dowodami przyjaźni i miłości, wspomnieniem o zmarłym bliskim, a nawet elementem politycznej intrygi. Intymny portret miniaturowy to wysyłany w świat przez naszych przodków odpowiednik selfie.

 

Był rok 1872. Do Petersburga przybył z wizytą cesarz Wilhelm I wraz z kanclerzem Bismarckiem. Zgodnie ze zwyczajem cesarz miał zamiar wręczyć podarki miejscowym dostojnikom. Pierwszy w kolejce był oczywiście książę Aleksander Gorczakow, carski minister spraw zagranicznych. Wilhelm początkowo chciał mu dać swój portret, ale okazało się, że książę już taki posiada.

Odpadł też pomysł przekazania rzeźbionego popiersia oraz pudełka zdobnego w miniaturowy portrecik. Może więc po prostu samo pudełko wysadzane drogimi kamieniami? Bismarck się wahał – przecież Gorczakow ma właściwie wszystko. Czego mógłby jeszcze chcieć. Podpytał jednak samego zainteresowanego. Ten natychmiast zażądał „wielkiego pudła” zdobionego klejnotami. Bismarck życzenie przekazał cesarzowi, nie dziwiąc się specjalnie zachłannej ludzkiej naturze.
 

PORTRET – SPRAWA MOCNO POLITYCZNA


Zwyczaj darowania miniaturowych portretów – często umieszczonych w bogato zdobnych pudełkach, wisiorach czy innego rodzaju biżuterii – cieszył się popularnością w Europie właściwie od czasów renesansu. Za panowania Wilhelma był już jednak pewną zaszłością, bo portretowe malarstwo stopniowo wypierała fotografia. Mimo to wręczenie komuś swojego portretu było sprawą polityczną. Wyznaczało strefę wpływów władcy, nawet jeśli formalnie jego rządy tak daleko nie sięgały. Sam Bismarck, w przeciwieństwie do księcia Gorczakowa, nie przyjął od włoskiego króla Wiktora Emanuela bogato zdobionego pudła. Wziął za to portret.

Sto lat wcześniej Ludwik XVI obdarował miniaturką Benjamina Franklina, przedstawiciela młodego kraju zwanego Stanami Zjednoczonymi. Król Słońce z kolei słał swoje miniportrety między innymi do Polski. Dostały je córki Jana III Sobieskiego. Pięknie obsadzone miały być warte ponad piętnaście tysięcy liwrów.

 

HISTORIA PORTRETU MINIATUROWEGO


Polityczne zastosowanie miniaturowego portretu nie dziwi, bo jego historia zaczęła się na królewskich dworach. Malarstwo miniaturowe znane było już w starożytności. Historycy widzą jego źródła w portretach z Fajum czy w bogato ilustrowanej egipskiej „Księdze umarłych”. To właśnie miniatury zdobiące starożytne i – później – średniowieczne manuskrypty uznawane są za pierwociny miniaturowego portretu.

 

Drugiego źródła upatruje się w medalionach z portretami przedstawiającymi zasłużone osoby. Stąd też owalny kształt portretu miniaturowego, szczególnie popularny w renesansie. By dopełnić (nomen omen) portretu sytuacji, można by wskazać jeszcze trzecią przyczynę narodzin miniatury. To rozwój autoportretu, gatunku, którego jednym z pionierów był Albrecht Dürer. Autoportret był realistyczny, ale też psychologiczny.

 

SELFIE Z PUZDERKA


Wszystkie te czynniki znalazły odzwierciedlenie w twórczości dworskich malarzy: Jeana Cloueta i Hansa Holbeina. Pierwszy pracował dla króla Francji Franciszka I, drugi dla Anglika Henryka VIII. Clouet i jego syn tworzyli piękne portrety kredką, często wykorzystywane przez arystokratów do towarzyskiej gry w zgadywanki (kto jest na obrazie). Holbein fachu nauczył się najpewniej od Flamanda Lucasa Horenbouta. Dopiero po trzech latach na dworze pozwolono mu namalować króla. Stworzył mały portret przeznaczony dla damy dworu Jane Seymour. Tu objawia się kolejne zastosowanie miniatury: była poręcznym sposobem na przedstawienie się komuś nawet z drugiego końca Europy. Coś jakby puszczenie selfie telefonem lub e-mailem. Jane zgodziła się zostać królewską żoną.

reklama


Malowanie miniatur –  sztuka trudna, a nawet sekretna


Tajniki malarstwa miniaturowego przekazywano z mistrza na ucznia, a każdy miniaturzysta miał swoje tajemnice. Malowano na pergaminie, kości słoniowej, metalu, kartonie i kartach do gry. Stosowano gwasz, farbę olejną, kredki i emalię. Artysta musiał mieć nie tylko bystre oko i pewną rękę, ale też wiedzieć, jak przygotować materiały. Nicholas Hilliard, nadworny miniaturzysta królowej Elżbiety, korzystał ze swego jubilerskiego doświadczenia. Znakomicie potrafił oddać stroje i klejnoty osób portretowanych, wykorzystując do tego celu ołów, żywicę czy… zęby małych gryzoni. Jego prace były niczym wzorniki mody, rozprzestrzeniające po kraju nowinki. Hilliard był tak popularny, że fragment wiersza poświęcił mu John Donne.


Przez następne lata miniaturowy portret stawał się coraz bardziej popularny, ale rozkwit nastąpił po śmierci Ludwika XIV. Do malowania zabierali się zawodowi malarze i amatorzy. Entuzjastką była choćby Maria Antonina, która pobierała nawet lekcje miniatury u malarza kwiatów Pierre’a Redoutégo. Tworzyły znakomite malarki miniaturzystki, np. Rosalba Carriera czy Polka Anna Rajecka. Co ważne, zmianie uległ styl portretów. Poważne, dostojne przedstawienia arystokracji i bogatych mieszczan (głównie mężczyzn) poszły w niepamięć. Teraz ważne były uczucia i emocje, wdzięk i liryczność. Artyści często nie nadążali z zamówieniami, co odbijało się na jakości prac. Przykładem może tu być Anglik Richard Cosway, któremu zdarzało się malować i kilka obrazków dziennie.

Historycy sztuki wyliczyli, że w latach 1600-1850 namalowano 3 miliony miniatur. Portrety owe często trafiały na puzderka, klamerki i brosze czy bransolety. Czasem dołączano do nich kosmyk włosów osoby ukochanej bądź zmarłej i wtedy nabierały większej wartości sentymentalnej.


Pojawienie się dagerotypii przyniosło zmierzch malarskiej miniatury. Konkurencyjna metoda była mniej pracochłonna i tańsza, na dodatek na rynku zostało niewielu malarzy fachowców. Swoich sił w miniaturze próbował jeszcze na przykład Gustav Klimt, ale nie zdało się to na nic. Teraz miłość i przyjaźń, próżność i smutek wyrażać miała fotografia portretowa.

 

Tekst: Staszek Gieżyński

Korzystałem z książek Macieja Przemysława Smolarka „Miniatury”, Arkady 2010, i Katherine Coombs „The portrait miniature in England”, V&A Publications 1998

 

Zdjęcia: 1STDIBS, BRIDGEMAN/PHOTO POWER, EXPERTISSIM.COM, GETTY IMAGES, RMN/BE&W, SOTHEBY’S