Szczyty wysokości osiągnął w średniowieczu, u dam. Megaprzepych – w wieku XVII i XVIII, dla płci obojga. Do hiperszerokości doszedł w czasach secesji, kiedy kobiety włożyły na głowy aeroplany.

Co to właściwie jest? Ozdoba, praktyczny element stroju, symbol społecznego statusu, podkreślenie wieku, stanu, zawodu?
Mianem kapelusza zwykło określać się coś, co ma główkę i rondo. Wykonany z filcu, skóry, słomki, trzciny, najróżniejszych tkanin. Raczej sztywny, zawsze pełnił ważną rolę, dopełniał, a często formował modną w danej epoce sylwetkę. Raz wywyższał i wysmuklał, innym razem stanowił przeciwwagę dla talii jak u osy, to znów dodawał figurze dynamiki albo wymuszał elegancję ruchów. Był tworem rzeźbiarskim i wytworem obyczajowości.

Diabelskie nasienie

W starożytności niewiasty kapeluszy nie znały. Nosili je mężczyźni dla ochrony przed słońcem i deszczem. Za czasów wczesnochrześcijańskich popularne były trzy rodzaje nakryć głowy: przepaski i kwietne wieńce dla młodzieńców oraz panien i kaptury dla mężczyzn. Wtedy też pojawiła się nazwa „chapel”, od której pochodzi wyraz „chapeau” (po francusku – kapelusz). Był to właśnie wianek z kwiecia. W XIII wieku pojawiła się innowacja: strój wyróżniający ludzi uczonych. Bakałarze nosili się skromnie, dostojnie. Niemal jak duchowni. Na głowie – czapeczka, na terenie uniwersytetu – biret.

Rewolucja przyszła w gotyku, gdy kobiety przywdziały… głowy cukru. Albo siodła. Tak nazywano gigantyczne, misterne konstrukcje z usztywnionego płótna, strzeliste niczym dzwonnice, wysokie na kilkadziesiąt centymetrów. Stożki (głowy cukru) lub dwudzielne, zakończone łagodnie (siodłowe). Z tych wyżyn spływały woalki „powiewające jak chorągwie”.

W XV stuleciu stroiki dopiero z finezyjnie upiętymi włosami – w ślimacznice z warkoczy albo w wyrastające ze skroni rożki – stanowiły skończone nakrycia głowy. A kiedy brakło własnych włosów, sztukowano je tresami. Nie wszystkim przypadły do gustu takie nagłowne ozdoby. Kojarzyły się z diabelskimi rogami i przez to zasługiwały na potępienie. Kaznodzieje ostrzegali przed fryzurami dopełnianymi splotami obciętymi z głów zmarłych niewiast, które być może smażą się w piekle… Biskup Paryża posunął się nawet do szantażu – obiecywał odpust tym, którzy napiętnują kobiety dopinające sobie tresy.

Czy młoda małżonka kupca Arnolfiniego z portretu Jana van Eycka ma własne włosy? Trudno orzec. Dość, ze zgodnie z ówczesną modą (rok 1434) wyrastają jej ze skroni kozie różki, zaś upięty nad czołem biały woal spływa z głowy na plecy. Rok wcześniej Rogier van der Weyden namalował „Portret kobiety”. Ideał gotyckiej urody. Włosy podgolone, żeby uwydatnić i tak wysokie czoło. Brwi wydepilowane, niewidoczne. Płeć jasna, oczy niebieskie. Na głowie piramida przystrojona upiętym batystem. Co ciekawe, ten typ kapeluszy-czepców przetrwał do dziś w stroju zakonnic. A perwersyjni projektanci (zwłaszcza Rick Owens, ostatnio bardzo trendy) dodali do zwyczajnych strojów mnisie welony. Inspiracją stał się film „Wątpliwość” z Meryl Streep w roli głównej, która zakonne nakrycia głowy uznała za seksowne.


Żagle na peruce

Renesans nie interesował się specjalnie przystrajaniem głowy. Rozpuszczone włosy, warkocze, perły i klejnoty w nie wpięte oraz małe toczki a la Maria Stewart – to wystarczało damom. Męska elita nosiła płaskie berety, czapeczki, skromne kapelusze. Doprawdy, nic ekstrawaganckiego. Moda ponownie zainteresowała się głową w baroku. Kapelusiki zdobne we fryzowane pióra nosiły płcie obydwie, lecz panowie wykazywali się większą fantazją. Po rubensowskich cylinderkach (patrz: „Autoportret z żoną Isabellą Brandt”, rok 1610) około 1700 roku nastała era trójroga, czyli kapelusza z rondem zawiniętym z trzech stron. Były to rękodzielnicze cacka: złocone, dekorowane klejnotami, piórami, kokardami.

Warto dodać, że za Ludwika XV (króla Francji ożenionego z Marią Leszczyńską) kapelusza nie noszono na głowie, lecz trzymano pod pachą lub w ręce. Dla fasonu i galanterii. Bowiem w XVIII wieku królowały peruki. Wówczas kobiety wszystkich stanów nakrywały je czepkami. Epoka kapeluszniczej skromności minęła około 1770 roku. I zaczął się wyścig dziwności. Elegantki wzbogacały nakrycia głowy kwiatami, piórami, rozmaitymi drobiazgami. Przykładem może być fryzura sentymentalna, czyli wkomponowany w perukę składzik przedmiotów drogich sercu nosicielki. Inna modnisia targała na głowie imitację fregaty z pełnym ożaglowaniem, kolejna – kopię żywego węża. Mniej odważne damy wolały kapelusze ogrody albo kapelusze rogi obfitości. Można też było pachnieć świeżymi kwiatami, utrzymywanymi przy życiu dzięki wpuszczanym we fryzury flakonikom z wodą. To były czasy ścisłej współpracy modystek i fryzjerów, a ich wspólne kreacje kosztowały majątki. Czy można się dziwić, że Wielka Rewolucja Francuska ścięła – wraz z głowami arystokracji – te dowody rozpasania?

Wiek XIX zdominował cylinder. Teoretycznie przyniosła go francuska rewolucja, choć forma cylindryczna pojawiała się już znacznie wcześniej, w gotyku i baroku. Cylinder pochodzi z Anglii, przewędrował ocean, podbił Stany Zjednoczone i na fali idei wolnościowych powrócił na Wyspy Brytyjskie, stamtąd zaś popłynął za kanał La Manche. Klasyczny cylinder – wysoka rura z małym rondem – widuje się już tylko wśród dyplomatów, na wytwornych pogrzebach i weselach, a także u kominiarzy. Wyparł go melonik zwany dynią (element uniformu londyńskich urzędników oraz wiedeńskich dorożkarzy), ten zaś ustąpił miękkiemu filcakowi.
W modzie damskiej „przemysłowego stulecia” długo królowała romantyczna budka, najpierw wiązana wstążkami pod brodą, potem coraz luźniejsza, pozwalająca kobiecie pochwalić się długimi lokami.

Mężczyzna w kobiecie

Kolejny renesans wymyślnych kapeluszy to secesja. Nieodzownym detalem była szpila utrzymująca nakrycie na wysoko, tzw. budyniowo upiętej fryzurze. Najelegantszą ozdobą były fryzowane, długie strusie pióra zwane amazonkami, a także pióra sztucznie przedłużone, mianowane plerezami. Nierzadko modystki używały ptasich skrzydeł, ba, nawet całych wypchanych okazów ornitologicznych. Kapelusze zdobiły też girlandy kwiatów: sztucznych, suszonych oraz żywych. No i oczywiście zwiędłe liście („feuilles mortes”) typowe dla belle époque. Plus piramidy z tiulu, zwoje koronek, przepych wstążek. Takie monstra rzekomo dodawały kobiecej sylwetce lekkości i płynności.

W istocie paraliżowały swobodę ruchów. Szczęśliwie aeroplany na głowach dotrwały tylko do wybuchu I wojny światowej. Jednak Paul Poiret, prekursor rewolucyjnych zmian w kobiecej modzie, już po 1905 roku lansował małe główki omotane wschodnimi turbanami (efekt sukcesów Baletów Rosyjskich Diagilewa) lub przytrzymujące włosy opaski z jednym piórem sterczącym jak antena. W dwudziestoleciu międzywojennym charakterystyczne stały się kapelusze hełmy nasunięte głęboko na oczy.


A w ogóle to precz z kapeluszami! Od lat 20. damska głowa wyzwalała się spod skomplikowanych nakryć. U chłopczycy stała się po męsku ulizana. W następnej dekadzie grzywkę zastąpiły drobne falki, jak u słynnych aktorek. Skoro o nich mowa: obcięta na pazia Greta Garbo włożyła (na bakier) męski kapelusz, zaś Marlena Dietrich uparcie nosiła beret, a na specjalne okazje – cylinder. Obie zapoczątkowały wśród pań modę na męską garderobę.
Powojenna bieda nie sprzyjała wyszukanym kreacjom. Świetność przywrócił im dopiero Dior, lansując w latach 50. new look – wytworność, rozmach, kobiecą grację. Z puentą w postaci kapelusza. Niekiedy z rondem wielkości młyńskiego koła.

Powrót szaleństwa

Jeszcze pół wieku temu szanująca się niewiasta nie wychodziła z domu bez nakrycia głowy. Ten stan rzeczy zmieniła dopiero młodzieżowa rewolta końca lat 60. Co więc wypadało nosić na głowie? Po prostu hair, zgodnie ze wskazaniami najsłynniejszego wtedy musicalu.

Jak wiadomo, ubraniowe pomysły kołem się toczą. Wiosną widziałam w londyńskim Victoria & Albert Museum pokaz „Hats. An Anthology by Stephen Jones”. Nakrycia głowy pochodziły z 17 krajów i z różnych epok. W sumie ponad 300 eksponatów. Gros sygnował Stephen Jones, wychowanek słynnej londyńskiej Saint Martin’s School of Art, który od trzydziestu lat stara się ożywić tradycje zawodu modysty. Wykonał m.in. parafrazę beretu baskijskiego, noszonego przez Marlenę Dietrich, oraz wersję słynnego kapelusza pantofla, zaprojektowanego przez Salvadora Dali do kolekcji Elsy Schiaparelli w 1938 roku.

W Anglii nie mogło się obyć bez aluzji do monarchii. Pokazano gigantyczny, falbaniasty kaptur królowej Wiktorii oraz wysoki, lśniący cylinder księcia Alberta. Autentyki. Jones zaprojektował też koronę patchwork, uszytą z tkanin wełnianych, na watolinie, na zimę. W przeglądzie nie mogło zabraknąć szczytu brytyjskości – czap gwardzistów szytych z futra czarnych niedźwiedzi.

Jak wiadomo, to pamiątka po bitwie pod Waterloo, kiedy wojska Wellingtona rozgromiły armię napoleońską, jako trofea zabierając czapy. Znany z odlotowych pomysłów Hussein Chalayan stworzył impresję na ten temat: powiększył nakrycie głowy do rozmiarów sukienki, zaczynającej się od głowy właśnie. Podobno latem niektórzy gwardziści dostają udaru z przegrzania. Na szczęście w muzeum kreację nosił manekin.


Tekst: Monika Małkowska
Fotografie: Muzeum Rzemiosła w Krośnie/fot. Mariusz Kus/www.muzeumrzemiosla.pl, Muzeum w Rybniku/fot. Celestyna Chlubek-Adamczyk /www.muzeum.rybnik.pl, Muzeum Narodowe we Wrocławiu, www.borsalino.com, East News, Flash Press Media, Fotochannels, Forum, Free, Shutterstock.com
 

reklama