werandacountry.pl werandaweekend.pl
reklama

Święty i do tego świetny malarz

Artyści

Wszyscy wiedzieli, że Adam dokona w życiu czegoś niezwykłego, ale takiej wolty nie spodziewał się nikt. Chłopak miał być wielkim malarzem, a został świętym.

Miał zrobić wielką artystyczną karierę. Już na studiach w Monachium koledzy (w tym Chełmoński, Czachórski, Brandt, Gierymscy oraz Wyczółkowski) byli wpatrzeni w niego jak w obraz. Jednogłośnie uznali, że Adam to geniusz, od którego trzeba jak najwięcej się nauczyć.

Przynosili mu swoje prace do oceny, radzili się, gdy napadała ich twórcza niemoc. Na wystawach jego obrazy wzbudzały sensację wśród publiczności. „Pogrzeb samobójcy” spowodował epidemię omdleń i wstrząsów nerwowych wśród dam. W miasto poszła plotka o młodzieńcu, który po obejrzeniu dzieła poszedł prosto do domu i palnął sobie w łeb z rewolweru. Albo się powiesił.

Tego już było zbyt wiele – zdenerwowany całym zamieszaniem Chmielowski usunął obraz z wystawy. Potem z rozbawieniem wspominał, że nawet jego ciotka, która przyjechała z prowincji specjalnie po to, żeby obejrzeć obraz kochanego krewniaka, wytrzymała przed „Pogrzebem” niecałe pięć minut, po czym „doznała szoku” i śmiertelnie blada osunęła się na galeryjną podłogę.

Aura niesamowitości otaczała także samego artystę. Miał w sobie jakąś dziwną siłę, jakieś ciepło, przy którym każdy chciał się ogrzać. Z pozoru zwykły młodzieniec, z zupełnie „nieświętą” skłonnością do psikusów i tytoniu, gdziekolwiek się pojawił, natychmiast wszyscy dostawali na jego punkcie bzika. Helena Modrzejewska, której bywał częstym gościem, opisała go jako człowieka „prawie bezcielesnego, oddychającego poezją, sztuką i miłością bliźniego, wzorem wszystkich chrześcijańskich cnót”.

Tylko nachodzące Adama od czasu do czasu ataki chandry przypominały jego znajomym, że mają do czynienia z nadwrażliwcem, który wycierpiał w życiu o wiele więcej niż cały salon Modrzejewskiej razem wzięty. Przede wszystkim był sierotą. Ojciec zmarł, gdy Adam (urodzony w 1845 roku) nie miał nawet trzech lat, matka dołączyła do niego jedenaście lat później.

Opiekę nad chłopcem i trójką jego młodszego rodzeństwa przejęła ciotka, a o „większego kalibru” sprawach dotyczących sierot decydowała od tamtej pory powołana przez rodzinę Rada Opiekuńcza, która za punkt honoru postawiła sobie wybicie Adamowi z głowy idiotycznego marzenia zostania artystą. Szanownej Radzie udało się nawet zmusić chłopaka do porzucenia świeżo rozpoczętych studiów malarskich na rzecz gandawskiej politechniki. Adam nie śmiał się sprzeciwiać.

Kilka lat wcześniej zaciągnął u rodziny ogromny dług wdzięczności: to dzięki niej udało mu się wydostać z rosyjskiej niewoli. Chmielowski bowiem, jak na patriotę i młodego idealistę przystało, wziął udział w powstaniu styczniowym. Z dość bolesnym skutkiem.

Podczas jednej z bitew został ciężko ranny i wzięty do niewoli. Kilka dni później amputowano mu nogę – oczywiście bez znieczulenia (jeśli nie liczyć cygara, którym litościwie poczęstowano go przed zabiegiem). Przez resztę swojego życia Adam na przemian ignorował swoje kalectwo albo stroił sobie z niego żarty. Razem z kolegami tańczył na balach, jeździł na łyżwach i nartach, choć płacił za takie ekscesy napadami bólu i chandry.

Drewniana proteza była także głównym rekwizytem płatanych przez Chmielowskiego iście szatańskich psikusów. Zdarzało mu się na przykład, „wpaść” nią pod upatrzoną karetę i wić się „z bólu”, podczas gdy koledzy wyciągali od grubego woźnicy odszkodowanie. Potem towarzystwo dzieliło się pieniędzmi i szło jeść i pić „za zdrowie zmiażdżonej nogi”.

Do historii przeszła także zemsta na wyjątkowo nieuprzejmym słudze hotelowym, który nie mając zielonego pojęcia o kalectwie Chmielowskiego, zdjął mu pewnego dnia but do konnej jazdy… razem z protezą. „Wyrwałeś mi nogę!” wrzasnął ponoć przyszły święty za uciekającą w panice ofiarą figla.

Pod koniec lat sześćdziesiątych Adamowi udało się wreszcie zrealizować swoje marzenie. Dzięki stypendium ufundowanemu przez słynnego mecenasa sztuk Włodzimierza Dzieduszyckiego rozpoczął studia na Królewskiej Akademii Sztuk Pięknych w Monachium.

Kilka lat później, bogatszy w wiedzę, umiejętności i doborowe grono zapatrzonych w niego przyjaciół-malarzy powrócił do Warszawy. Stołeczne salony przyjęły go z otwartymi ramionami, co niestety nie polepszyło jego i tak kiepskiej sytuacji finansowej. Razem z trójką kolegów gnieździł się w pokoju-pracowni na siódmym (!!!) piętrze Hotelu Europejskiego, skąd mógł wydostać się tylko… zjeżdżając, dzięki pomocy przyjaciela, po poręczy wąskich, spiralnych schodów.

Ze śmiechem wspominał, że jedyna modelka, którą udało się namówić na codzienną, karkołomną wspinaczkę na siódme piętro była „brzydka, miała płaską twarz i sześć palców u stóp”. Jednocześnie Adam był ozdobą wtorkowych spotkań literackich u Heleny Modrzejewskiej i gorliwym (do czasu) uczestnikiem niezwykle modnych w tamtym okresie seansów spirytystycznych.

Tańczył, śpiewał i dyskutował; pił i dokazywał, tylko do kobiet żywił „niezwykły szacunek” i nie pozwalał sobie na żadne nieprzyzwoite flirty ani romanse. Modrzejewską wielbił jak kapłan boginię, serdeczna przyjaźń łączyła go także z panią Ludwiką Siemieńską, z domu hrabiną Potocką, niewiastą szalenie pobożną, która miała spory udział w nawróceniu artysty.

Koniec lat siedemdziesiątych to bowiem czas przełomu w życiu Adama Chmielowskiego. Sztuka, sława i zabawa powoli zaczynały go uwierać. Czuł się nie na miejscu. Przekonany, że obrał złą drogę, zdecydował się na gwałtowny zwrot.

Niejeden znajomy zakrztusił się obiadem, kiedy dotarła do niego wieść, że Chmielowski rozpoczął nowicjat w jezuickim klasztorze w Nowej Wsi. „Już nie mogłem dłużej znosić tego złego życia, którym świat nas karmi, nie chciałem już dłużej tego ciężkiego łańcucha nosić” pisał do Heleny Modrzejewskiej.

Niestety, początkowa radość z „obrania właściwej drogi” szybko zamieniła się w rozstrój nerwowy. Adam, przekonany, że pisane jest mu wieczne potępienie, popadł w skrajną depresję, musiał opuścić klasztor i spędził bite dziesięć miesięcy w zakładzie dla nerwowo chorych. Przez ten czas prawie nic nie mówił, nie jadł i nie chciał opuszczać swojego pokoju. Przyjaciele byli przerażeni.

Chełmoński z rozpędu pojechał nawet do Nowej Wsi i w niewybrednych, za to bardzo głośnych, słowach naubliżał przerażonym mnichom. Od tamtej pory gorąco nienawidził „niegodnych Adama” jezuitów. Kiedy choroba dała za wygraną, Chmielowski przyłączył się do franciszkanów i przez jakiś czas tułał się, biedny i szczęśliwy, po zapadłych wioskach, odnawiając (oczywiście za darmo) stare kościoły, malowidła, święte figury i kapliczki.

Kiedy pod zarzutem „organizowania niedozwolonych stowarzyszeń” wydalono go z zaboru rosyjskiego, osiadł w Krakowie. Wiódł tam dość specyficzny żywot. Prowadził co prawda pracownię malarską, ale zajmował się głównie zgarnianiem z ulicy bezdomnych, których (ku utrapieniu sąsiadów) instalował we własnym mieszkaniu. Co dziwne, to niekonwencjonalne zachowanie nie zamknęło mu drogi na salony. Elity wciąż go uwielbiały.

Nawet jeśli przed proszonym obiadem u Potockich albo Tarnowskich nie udawało mu się skutecznie pozbyć pcheł z wyświechtanego garnituru. Wypachnione, odziane w jedwabie i koronki towarzystwo co najwyżej drapało się dyskretnie, ale nikomu nawet nie przyszło do głowy skrytykować „tak niezwykłego człowieka”.

Od czasu złożenia oficjalnych ślubów zakonnych w 1887 roku Chmielowski porzucił garnitur dla habitu skrojonego z grubego sukna i pracownię dla brudnej, ciemnej i śmierdzącej „ogrzewalni dla bezdomnych”, w której zamieszkał wraz ze swoimi podopiecznymi. Namalował jeszcze kilka obrazów, ale tylko po to, by je sprzedać i za uzyskane w ten sposób pieniądze zamienić wylęgarnię robactwa i patologii, jaką była „ogrzewalnia”, w nowoczesne „przytulisko”.

Gdy tego dokonał, Adam Chmielowski raz na zawsze odłożył pędzel i ustąpił miejsca Bratu Albertowi. Dalsze dzieje przyszłego, zmarłego w 1916 roku świętego, to już sprawa dla hagiografów i teologów. Ze sztuką bowiem nie mają wiele wspólnego.


Tekst: Weronika Kowalkowska
Wykorzystano: „Święty Brat Albert Chmielowski”, Ewa Oćwieja, Kraków 1991; „Dobry jak chleb” Władysław Kluz, Kraków 1991; „Opowieść o człowieku, który wybrał większą wolność”, Maria Winowska, Kraków 1992
Fotografie: archiwa muzeów, Archiwum Zgromadzenia Sióstr Albertynek w Krakowie, Jerzy Duda

reklama
reklama
reklama