werandacountry.pl werandaweekend.pl

Drzeworyty Władysława Skoczylasa

Artyści

Władysław Skoczylas – miał i pecha, i szczęście. Pecha, bo był uczulony na farby. Szczęście, bo spotkał zakopiańskiego gazdę, który pozował mu do najsłynniejszych drzeworytów.

Kombinacja ta – oczywiście w połączeniu z ciężką pracą i sporym talentem – dała polskiej sztuce człowieka, który nie tylko stworzył nowoczesny drzeworyt, ale i wykształcił całą grupę oddanych tej sztuce artystów. Przed Skoczylasem była tu bowiem twórcza pustynia, na której pojawiały się z rzadka figurki dłubane przez ludowych twórców oraz kilku zafascynowanych japońszczyzną drzeworytników-ilustratorów. Władek ze swoimi harnasiami, zbójnikami i śpiącymi rycerzami odmienił wszystko.

Notatki z gór

Datę rewolucji wyznaczymy na rok 1913, bo właśnie wtedy młody grafik, jedno z czternaściorga dzieci Franciszka, nadsztygara w kopalni soli w Bochni, zainteresował się rytowaniem w drewnie. Podobno od małego zdradzał plastyczne zdolności, a rodzice, na szczęście, nie przeszkadzali mu w rozwijaniu pasji. Przeciwnie, przyklasnęli, gdy dostał stypendium w Kunstge- werbeschule.

O wpływie wiedeńskiej sztuki na młodego twórcę jeden z przyjaciół pisał: „zalała go fala modnych stylizacyj, fetyszyzm chwilowych nastrojów i krótkotrwałych wizyj”. Późniejsze studia na krakowskiej Akademii tylko „pogłębiły ten stan rzeczy”. Władysław chciał studiować u Wyspiańskiego, choć ostatecznie trafił do Axentowicza i Wyczółkowskiego. Wczesne obrazy nie zachowały się, ale znajomy artysty nazwał je „notatkami pejzażowymi” malowanymi pod wpływem Stanisławskiego i innych profesorów z Akademii.

Z dyplomem krakowskiej uczelni Skoczylas wyruszył do Zakopanego. Został nauczycielem rysunku w Szkole Przemysłu Drzewnego. Zakopane było już wtedy filią artystycznego krakowskiego światka, młody nauczyciel szybko zaprzyjaźnił się ze śmietanką towarzyską miasta: Kasprowiczem, Makuszyńskim, Żeromskim i Karolem Stryjeńskim. Jednocześnie zafascynował się góralszczyzną z legendą o Janosiku i o śpiących rycerzach, malarstwem na szkle i ludowym drzeworytem. Przewędrował całe Podhale, robiąc rysunkowe notatki, na których uwieczniał tradycyjne sprzęty domowe, świątki i kapliczki.

Nosiło go, w 1910 roku wyjechał do Paryża, by pogłębiać wiedzę i uczyć się rzeźby u Antoine’a Bourdelle’a. Lata później drzeworytnik Tadeusz Cieśliński napisał, że Skoczylas był rasowym rzeźbiarzem, „człowiekiem bryły” – co widać w jego drzeworytach, bo każdą formę próbuje przedstawić jako „bryłowatość”. Na razie jednak Władek głównie malował oleje i akwarele. I wtedy dopadł go pech.

Wpływowa przedwojenna krytyczka sztuki Helena Blum nazwała tego pecha „idiosynkrazją”. Dziś powiedzielibyśmy, że to uczulenie. Na glinę i farby. Skoczylas dostał na rękach paskudnej egzemy i po prostu nie mógł tworzyć. Aby nie zgnuśnieć, zajął się więc akwafortą. I… nowa praca, jak potem wspominał, „wzięła go z miejsca”. Śpiący rycerz z tatrzańskiej legendy się przebudził.

Janosika imię nigdy nie zaginie

Artysta wrócił do Zakopanego i rzucił się w wir pracy. Zaprojektował wnętrza zakładu wodoleczniczego doktora Chramca, a także kilimy, afisze i ekslibrisy. Tworzył akwaforty i suche igły, czerpiąc inspirację z zakopiańskiego folkloru. I tu spotkało go szczęście. W osobie starego gazdy o pięknej głowie i orlim nosie. Za jego portret („Głowa górala”) Władek dostał I nagrodę w konkursie imienia Henryka Grohmanna – bogatego przedsiębiorcy z Łodzi, który wspierał sztukę podhalańską. Rok później za portret tego samego gazdy znów zgarnął najwyższe laury. Tym razem jednak zaprezentował już drzeworyt. Zdążył bowiem – człowiek sumienny – pojechać do Lipska i nauczyć się tej sztuki. Od tej pory pozostał jej wierny.

„Twarz Skoczylasa jest dość pełna, otwarte spojrzenie cechuje stanowczość i siła, usta są zmysłowe jak u ludzi lubiących życie” – pisała w jego biografii Maria Grońska. Władek rzeczywiście życie lubił. Zakopiańską pracownię miał w „Zawracie”, po pracy zawsze chodził szukać towarzystwa, lubił taniec i rozmowę. Mieszkał już wtedy z żoną, Heleną Osmólską, wedle wspomnień córki Haliny, kobietą wyjątkowej urody. On sam urodziwy nie był, choć Helena twierdziła, że miał piękne dłonie.

Córka związek rodziców uważała za szczęśliwy, „o romantycznej i nieco skandalizującej genezie” – jak mówiła ponad 30 lat temu w wywiadzie dla „Polityki”. Niestety, ani o romantyzmie, ani o skandalu nic więcej nie zdradziła.

Fascynacja Podhalem znalazła wyraz w dwóch wydanych zbiorach drzeworytów, takich jak „Teka Zbójnicka” i „Teka Podhalańska”. Prace przedstawiające góralski folklor i legendy zrobiły zawrotną karierę, opatrywano nimi niemal wszystkie wydawnictwa poświęcone Tatrom. Ówczesny krytyk entuzjazmował się, że „kreska Skoczylasa drży jak tkanka nerwowa, jest czujna jak kozica tatrzańska, sprężysta jak ścięgna górali”. Władek stosował charakterystyczny układ naprzemiennych białych i czarnych kresek, zwany grzebieniem, bo grzebień przypominał. Szybko też zmienił klocki z miękkiego, często lipowego drewna, na bukszpanowe. Twardy materiał, choć trudniejszy w obróbce, dawał większe możliwości artystyczne – w miękkim można było poruszać się rylcem tylko wzdłuż słojów.

W murowanej piwnicy

Starsze pokolenie artystów nie rozumiało rewolucyjnego charakteru Skoczylasowego drzeworytu, mówiło o nim „wycinanki i pierniki”. I tak na wystawie stowarzyszenia Rytm, do którego Władek należał, doszło wreszcie do skandalu. Oto „Zbójników” nazwano „zagładą polskiej sztuki”, a artyście zarzucono kompletne „zbolszewiczenie”. Kronikarz tamtych czasów wspominał z przekąsem o próbach pojednania przy butelce koniaku u Wróbla, które jednak spełzły na niczym. Stara gwardia uparcie uważała, że „między malowanym Janosikiem a Leninem istnieje braterskie porozumienie”. Wszystkiemu zaś winien Salon Garlińskiego, który wywrotowców gości i ich prace pokazuje.

Członkowie Rytmu wystawiali u Garlińskiego, bo śmiertelnie obrazili się na Zachętę. Dla Skoczylasa i jego kolegów była symbolem zapyziałego, drobnomieszczańskiego gustu, pielęgnowanego oczywiście przez starszych kolegów po fachu.

Władek mieszkał już wtedy w Warszawie, sprowadzony do stolicy, by uczyć grafiki na ASP. Córka wspominała, że tryb życia miał uregulowany: rano na ASP, do domu na obiad, potem drzemka i od piątej zajęcia w pracowni. Po pracy szedł na miasto: do Astorii albo Klubu Artystycznego, gdzie „przy kieliszku wina szukał odprężenia w towarzyskich spotkaniach”. Miał mnóstwo przyjaciół i „nigdy nie było wiadomo, ile osób przyprowadzi nagle na obiad”.

Hanna Mortkowicz-Olczakowa, studentka i córka przyjaciela artysty, wspominała go jako człowieka nad wyraz skłonnego do zabawy. „Lubił jak nikt hulać, tańczyć, flirtować” – pisała, nazywając „dobrym kompanem i żywiołowym artystą”. Studenci go uwielbiali, bo potrafił się bawić, a w pracy bywał surowy, choć nigdy małostkowy. „O talent wytaczajcie proces panu Bogu, ale ja nie chcę być oskarżony, że wypuściłem nieudaczników” – mówił podopiecznym. Centrum uczelnianego życia była pracownia na Wybrzeżu Kościuszkowskim, gdzie, jak żartowali studenci, „w murowanej piwnicy paskudzili graficy”.

Nie pomoże doktor ani żadne maści

Skoczylas nie tylko robił własne drzeworyty i uczył studentów, ale publikował artykuły i felietony. Był człowiekiem czynu, więc do działania pobudzał go zarówno nadmiar kiczów w Zachęcie, jak i liczba falsyfikatów na rynku sztuki czy „fatalny druk książki telefonicznej”. Został w końcu nawet dyrektorem Departamentu Sztuki. Przygoda jednak okazała się krótka. Artysta walczył jak lew o przywrócenie jednostce statusu ministerstwa – niestety, bezskutecznie. Zaproponował stworzenie Instytutu Propagandy Sztuki i udało mu się zdobyć połowę potrzebnej kwoty z rządowej kiesy. Resztę dorzucili sponsorzy i on sam, biorąc pożyczki pod weksle. Instytut był jego oczkiem w głowie – niezależną od mieszczańskich gustów świątynią sztuki – ale długi związane z tym przedsięwzięciem ciągnęły się za nim do końca życia. Tego zaś pozostało mu niewiele.

Któregoś wieczora, wróciwszy z przyjęcia, zwierzył się żonie, że nie wie, co mu jest, ale „po raz pierwszy w życiu nie sprawia mu przyjemności ani towarzystwo, ani alkohol, jedzenie czy taniec”. Lekarze zdiagnozowali białaczkę. Skoczylas zmarł dwa tygodnie potem.

Tekst: Stanisław Gieżyński
Zdjęcia: Muzeum Tatrzańskie w Zakopanem, Marcin Koniak/Desa Unicum, katalogi aukcyjne, Wikipedia

reklama