Obraz nie może wejść artyście na głowę, to ja mu narzucam swoją wolę. Jak mi się nie spodoba, to go zmienię albo tak zamaluję, że ani piśnie. Bo jak obraz zaczyna się rządzić, to już koniec.
 

Tylko z portretami na zamówienie jest problem – mówi artysta. Edward Dwurnik to człowiek o żelaznej woli, którą narzucił już kilku tysiącom prac. – Wiadomo, wszyscy chcą być piękni. Czasami przez to portret nie idzie po mojej linii i zaczynam go poprawiać. Ale wtedy najlepiej zdrapać farbę, odczekać i zacząć od nowa. Upiększanie to niebezpieczna droga, a ja jestem rasowym artystą sztalugowym i wszystkie moje obrazy są piękne.
 

Nie tylko rasowym, ale i niezwykle płodnym. Pod ścianami pracowni Dwurnika piętrzą się dziesiątki ogromnych płócien, pozostałe są rozproszone po domach, muzeach i instytucjach. – Nie maluję szybko, tylko sprawnie. Prawdziwy artysta powinien być sprawny, fizycznie i psychicznie. Wszystkie moje obrazy są dopracowane. To zabiera mnóstwo czasu, można powiedzieć, że cyzeluję kosztem normalnego życia. Czasem ktoś znajomy spyta, czy pamiętam czasy hipisowskie, wolność, miłość, muzykę? A ja mu na to, że owszem, pamiętam jakichś hipisów, ale byłem na to zbyt zajęty – siedziałem i malowałem.
 

Najwyraźniej „opętanie” malarstwem niezbyt Dwurnikowi przeszkadza, bo zapytany, co robi, żeby się odprężyć, odpowiada, że nic; poza malarstwem. – Oczywiście, mogę pogadać, pojechać na wycieczkę, ale na ogół mi się nie chce. Nie lubię być poza pracownią. Do malowania miast wystarczą mi zdjęcia. Bazyleę namalowałem, nigdy w niej nie będąc, a kiedy wreszcie tam pojechałem, okazało się, że mógłbym wycieczki oprowadzać. Ale kocham być w mieście po raz pierwszy, poznawać je, smakować – opowiada.
 

Właśnie miasta to temat, który stał się wizytówką Dwurnika. Czy nigdy nie próbował się od niego uwolnić? – Już dawno chciałem przestać – śmieje się – ale wciąż mnie nachodzi. Miasto, wiadomo, można malować całe życie. Dla mnie ma sto razy więcej uroku od pejzażu. Na szczęście żaden obraz ani temat Edwardem Dwurnikiem rządził nie będzie, jasne? Jeśli tylko spróbuje, będzie musiał liczyć się z konsekwencjami. Na przykład z odstawieniem do lamusa. Tak jak kilka lat temu, kiedy artysta postanowił zerwać ze sztuką figuralną i rzucił się w objęcia abstrakcji, malarstwa gestu a la Pollock. – Doszedłem do wniosku, że nie ma sensu takie ględzenie artysty i zawracanie ludziom głowy. Dlatego postawiłem na czyste nastroje, uczucia, bez odnośników i skojarzeń. Miało być na zawsze, ale wie pani, jak to bywa – tu rozbrajający uśmiech i spojrzenie w kierunku obrazu z serii portretów ciężarnych kobiet. To, co wydawało się hollywoodzkim rozwodem, okazało się czułą kłótnią kochanków. I dobrze, bo Edward Dwurnik to artysta wszechstronny i szkoda byłoby, gdyby ograniczył się do abstrakcji. – Mogę malować wszystko, nawet Mao Tse-tunga mi się zdarzyło, ale go zamalowałem – przyznaje.
 

Niektórzy mają Dwurnikowi za złe, że wszędzie go pełno. Że się promuje, wypowiada, ma sportowy samochód (którym, o zgrozo, nie chce mu się jeździć), że jego obraz wisi nawet w pałacu prezydenckim. Mamy dla nich złe wieści. Artysta nadal będzie malował na zamówienie, udzielał wywiadów i ani myśli umierać na suchoty w niedogrzanej pracowni. – Młodsze pokolenie już tego nie doświadczyło, ale kiedy ja zaczynałem malować, to jeśli już ktoś coś w mediach mówił o sztuce współczesnej, zazwyczaj był to jakiś straszliwy bełkot, głupoty zwyczajne. Więc jeśli tylko miałem okazję, starałem się mówić mądrze. Nie ukrywam, że dbam o reklamę. Moje pokolenie było głodne rozgłosu, mieliśmy w tej dziedzinie zaległości. Bardzo dużo maluję na zamówienie, bo dla przyjemności już mi się nie chce, chyba że poczuję impuls albo potrzebę „dopowiedzenia” czegoś.
 

Zamówienie go mobilizuje. Ale jeśli ktoś Dwurnikowi powie, żeby przedstawił projekt obrazu do akceptacji, artysta dziękuje, bo tak pracować nie chce. Nie zanosi się jednak na to, żeby miało mu zabraknąć tematów, zamówień czy pieniędzy na farby. Muzea i galerie też o nim pamiętają, czego najlepszym dowodem będzie wiosenna wystawa prac Dwurnika w warszawskiej Królikarni. Przyszłość maluje się w pięknych błękitach.


Tekst: Weronika Kowalkowska
Fotografie: Terasa Gierzyńska-Dwurnik

reklama