Henryk Kuna tak bardzo chciał poznać duszę kamienia, że najął się u kamieniarza za prostego robotnika i kuł godzinami.
 

Wilno bardzo chciało mieć swojego Mickiewicza, ale wieszcz okazał się pechowy. Chodziło o pomnik. Próbował Zbigniew Pronaszko – jego postać w szerokiej szacie wyśmiano. Potem był Stanisław Szukalski. Pokazał nagiego Mickiewicza na szczycie piramidy, ze skrzydłami u skroni i z orłem spijającym krew z ranionej piersi. Do realizacji nie doszło. Wreszcie w 1932 roku jury, odrzuciwszy projekty Dunikowskiego i Madeyskiego, wybrało pracę Henryka Kuny. Artyście zależało na zleceniu – żona czytała mu podczas pracy „Dziady”, z kolei Jan Parandowski wspominał, jak rzeźbiarz „przejmującym szeptem” zdradzał pomysły. Wieszcz stanąć miał na kolumnie. Ustrojony na modłę antyczną jedną ręką ściskał księgę, drugą chronił oczy wpatrzone w horyzont.
 

Od rabina do artysty

Radość Kuny trwała krótko. Artystycznej wizji użyto w jakże znajomych przepychankach między „zwolennikami Europy” i „patriotami”. Kunę wyszydzano, czasem bardzo brzydko, wytykając żydowskie pochodzenie. Nie brakło (niesłusznych) zarzutów o wtórność pracy wobec paryskiego pomnika dłuta Bourdelle’a. Niezadowolenie okazywał nawet Konstanty Ildefons Gałczyński. W wierszu „Kuna” pisał, że rzeźbiarz „zrobił z Mickiewicza Szymona Słupnika”. Ból i zgorzknienie związane z tym projektem zostały z Kuną do końca życia.
 

Droga Henryka do sztuki nie była łatwa. Jego wychowanie krytyk Mieczysław Wallis nazwał „średniowiecznym”, co było jednak przesadą. Urodził się w rodzinie ortodoksyjnych Żydów, przodkami byli cadycy i rabini. Rodzice posłali go do talmudycznej szkoły w Ciechanowie; kształcił się na rabina, ale zdradzał też zainteresowanie sztuką. Miejscowy lekarz, dr Rajkowski, zauważył, jak chłopak struga z drewna figurki, i postanowił mu pomóc. Henryk zbuntował się, bo wychowywany na pobożnego Żyda nie mógł tworzyć wyobrażeń ludzi i zwierząt. Pojechał do Warszawy, gdzie uczył się u Piusa Welońskiego. W roku 1900 udało się go wysłać do Krakowa. Został słuchaczem u rzeźbiarza Konstantego Laszczki.
 

Paryż razy dwa

Laszczka nauczył go portretu i pracy w glinie, ale przede wszystkim poszerzył jego horyzonty. Kuna zaczytywał się w romantycznej poezji, a „Ojca zadżumionych” znał na pamięć. Był młodzieńcem dużej urody: długie, faliste czarne włosy opadały na ramiona, broda okalała bladą twarz o palącym spojrzeniu. Laszczka „pożyczył” tę fizis do popiersia Jana Chrzciciela.
 

reklama


 

W 1902 Kuna wysłał trzy prace na konkurs rzeźby Chrystusa. Wszystkie nagrodzono. Za uzyskane pieniądze pojechał do Paryża i odkrył Rodina. W Polsce wystawił swoje prace, zaprzyjaźnił się z Elizą Orzeszkową, której portret wykonał. Ze swojej sztuki jednak zadowolony nie był. Postanowił wrócić do Paryża po dalszą naukę. Tu glina była już niemodna – rzeźbiarze pokochali kamień. Henryk zatrudnił się u kamieniarza jako zwykły robotnik. Potem mówił, że nauczył się marmuru, ciężkiej pracy oraz tego, że kamień ma duszę. Zarzucił rodinowską rzeźbę o chropowatej powierzchni. W jego sztuce królowały teraz płynne oraz eleganckie linie. Dziesięć lat później powiedział przyjaciołom, że odkrył „nową nutę w plastyce”, połączenie „odblasku dawnego piękna” z uczuciowością.
 

Rytm i piękno

W 1925 roku sensacją polskiego pawilonu na paryskiej wystawie sztuki dekoracyjnej stała się rzeźba z białego marmuru przedstawiająca kobiecą sylwetkę. Kuna nazwał ją „Rytm”. Tak samo jak ugrupowanie, które współtworzył, rzeźba zaś ucieleśniała jego założenia. Rytmiści odwoływali się do piękna dawnych epok, cenili płynność, rytmiczność formy i podkreślali walory dekoracyjne dzieła. Tym rozwiązaniom Kuna pozostał wierny. W międzyczasie zdążył się ochrzcić i ożenić  z aktorką Stefanią Ewą Krauze. Urodził im się syn Jacek. Kuna tworzył dużo portretów. Pozowali mu marszałek Piłsudski i Rydz-Śmigły, a także plejada ludzi sztuki. Realizacja pechowego pomnika Mickiewicza przeciągała się.
 

W czasie wojny ukrywał się w Świdrze. Malował obrazki na tekturze, robił projekty przyszłych pomników walki czy zwycięstwa. W lesie podglądał wiewiórki, ponieważ – jak żartował – „zawszeć to rodzina”. Chorował jednak na serce, na dodatek dręczył go niepokój o syna, który został ranny w kampanii wrześniowej, a potem walczył i zginął w powstaniu. Po wojnie artystę mianowano profesorem rzeźby w Toruniu. Pojechał tam, ale nie potrafił już sobie ułożyć życia. Zmarł 17 grudnia 1945 roku. Jedną z wersji słynnego „Rytmu” Kuny zobaczymy w warszawskim parku Skaryszewskim.


Tekst: Staszek Gieżyński