#zostańwdomu czytaj e-wydanie - tylko 8,99 zł
reklama

Kpiarz Orłowski

Artyści

Z ojcowskiej karczmy na salony, z Insurekcji Kościuszkowskiej do służby Rosjanom, od biedy do bogactwa. Tak wyglądało życie Aleksandra Orłowskiego – malarza i karykaturzysty.

„Nasz malarz Orłowski, przerwała Telimena, miał gust soplicowski” – tymi słowami narodowy wieszcz unieśmiertelnił na kartach „Pana Tadeusza” malarza Aleksandra Orłowskiego.

Mickiewicz znał i bardzo lubił artystę, a owym soplicowskim gustem nazywał przywiązanie do wszystkiego, co z ojczyzną związane. Gdy się poznali, malarz mieszkał we wspaniałym apartamencie w Petersburgu, dom jego pełen był broni, zbroi, egzotycznych ubiorów, pucharów, rzeźb i innych zabytków służących za rekwizyty.

Na pokojach trzymał żywego orła, a wśród służby miał Murzyna, Araba i Kałmuka. Wszyscy pozowali do obrazów i przyodziani w tradycyjne stroje towarzyszyli mu w konnych przejażdżkach. Orłowski był wtedy u szczytu kariery: bogaty i znany w całej Rosji. Nie wdrapałby się tak wysoko, gdyby nie dziwny traf i łut szczęścia. A wszystko zaczęło się w pewnej karczmie w Siedlcach.

Nierejestrowany ochotnik

Ów dom zajezdny był własnością Józefa Orłowskiego, ojca przyszłego malarza. Młody chłopak wychowywał się wśród tłumu gości, czasem pomagał, ale jego głównym zajęciem było bazgranie węglem na ścianach karczmy. Podobno pewnego dnia przybytek zaszczycili swą obecnością Izabela i Adam Czartoryscy. Księżna zwróciła uwagę na obrazki i zdecydowała się wziąć dzieciaka na wychowanie. Pewne jest to, że z siedleckiej oberży nastoletni Aleksander trafił do pracowni Jana Norblina w Warszawie i rozpoczął artystyczną naukę.

„Malarnia” Norblina prowadzona była w sposób na owe czasy nowatorski. Zamiast mozolnego kopiowania dzieł mistrzów i studiów z martwej natury, artysta wysyłał uczniów „w miasto” i kazał podpatrywać ludzi. Wtedy najpewniej zrodziło się upodobanie do obserwacji ludzkich charakterów i fizjonomii, z której zasłynął później Orłowski.

Tak czy owak miał na co patrzeć: miasto żyło, trwały polityczne debaty o przyszłości narodu, a na oczach chłopaka rósł mit Tadeusza Kościuszki. Nic dziwnego, że gdy wybuchła insurekcja, siedemnastolatek ruszył na wojnę jako „nierejestrowany ochotnik”. Norblin protestował, twierdząc, że powinien kontynuować naukę, ale nie zdało się to na wiele.

Kariera militarna Orłowskiego była krótka. Został ranny w potyczce gdzieś pod Zgierzem, w drodze powrotnej do Warszawy zatrzymał się na popas w wiejskiej karczmie, a że spodobała mu się karczmareczka, przedłużył swój pobyt. Wyciągnął go stamtąd w końcu Norblin i zapędził z powrotem do pracowni. Stosunki między mistrzem a uczniem pogorszyły się jednak. Chłopak dojrzał, był na wojnie, stał się dorosły, samodzielny. Przeprowadził się do swojego stryja, ubogiego stolarza, na ulicę Kozią. Tam klepał biedę, aż piszczało, do momentu, kiedy kolejny szczęśliwy traf nie odmienił jego losu.

Niejako atrakcyjny

W tragicznej finansowej sytuacji poratował młodego twórcę kolega po fachu, Kazimierz Wojniakowski. Dzięki niemu Orłowski poznał rysownika Karola Grolla, znającego kręgi arystokracji. Groll zachwycił się rysunkiem „Bitwa pod Maciejowicami”. Orłowski trafił w środowisko otaczające księcia Józefa Poniatowskiego. Miał dar zjednywania ludzi, Groll pisał, że Aleksander był „niejako atrakcyjny”. Sprzedał trochę rysunków, zaczął chodzić na zajęcia z malarstwa do Bacciarellego.

Jednak wkrótce książę Poniatowski zmuszony został do emigracji, a Orłowski wrócił do Norblina. Znów się pożarli i młody adept sztuk plastycznych zwiał do wędrownego cyrku, prowadzonego przez niejakiego Chiariniego. Długo nie wytrzymał, a po całym epizodzie została seria rysunków przedstawiająca życie cyrkowców.

Fortuna ponownie uśmiechnęła się do młodzieńca. Z Wiednia powrócił Poniatowski i zabrał chłopaka na salony. Czas upływał na hulankach i swawolach z rówieśnikami. Orłowski stał się swego rodzaju sensacją towarzyską, swoimi umiejętnościami ubarwiał wieczorne spotkania pałacowe. Na prośbę gości chwytał za piórko i rysował na zadany temat.

Był już zawołanym rysownikiem, na dodatek czujnym obserwatorem, z łatwością tworzył karykatury i satyryczne scenki rodzajowe. Za owe usługi pryncypał wypłacał mu pensję: dukata dziennie. Nie były to kokosy, ale na przeżycie starczało. Poczucie humoru towarzyszyło malarzowi nieustannie. Gdy rysował widoczki z Lublina, na ścianie jednej z kamienic zrobił dopisek: „błotem brukowane”, komentując w ten sposób stan lubelskich traktów.

Poproszony przez Izabelę Czartoryską o projekt domku gotyckiego w Arkadii, narysował budowlę, a obok niewielki cmentarzyk. Kamienie nagrobne opatrzył napisami: „tu leży Orłowski, który prosi o płutno (pis. oryg.)” oraz „tu leży Orłowski, który był goły, ale poćciwy”. Najwyraźniej księżna Izabela nie była zbyt hojna. Świadczyć może o tym także rysunek jej dedykowany przedstawiający... chlew.

Cięty język i skłonność do żartów miały się jeszcze objawić nieraz w jego życiu, jednak póki co artyście nie było do śmiechu. Pieniędzy nie miał, a Karol Groll notował, że „za obiad z ponczem i winem bawi gości rysowaniem do północy”. W końcu zniecierpliwiony brakiem mecenasa spakował manatki i ruszył do Petersburga.

W krzywym zwierciadle

Miał list polecający od hrabiego Potockiego i udało mu się uzyskać audiencję u Wielkiego Księcia Konstantego. Człowiek ten był zapalonym militarystą, cholerykiem i odznaczał się wyjątkową szpetotą. Podobno Orłowski pokazał mu rysunek grenadiera, który tak zachwycił Konstantego, że przyjął go na dwór. Miał być naczelnym batalistą Wielkiego Księcia.

Na samym początku zrobił portret mecenasa – uładzony, upiększony, ale realistyczny. Potem zaczęło się żmudne malowanie wojska, cyzelowanie każdego guzika i orderu, bo Konstanty był nudnym jak flaki z olejem miłośnikiem skrajnego realizmu.

Orłowski jednak swój cel osiągnął: stał się bogaty. Z cholerycznym pryncypałem radził sobie nieźle, nawet pewnego razu, gdy dostał burę, zagroził Konstantemu, że odmaluje go „takim, jak go teraz widzi”. Strach przed celną karykaturą zamknął Wielkiemu Księciu usta.

Malarz zamieszkał w pięknym domu, wziął za żonę Francuzkę, balował i wydawał pieniądze. Chętnie jednak wychodził na ulice miasta, obserwował ludzi, a potem robił karykatury i rysunki. Trwała kampania napoleońska, przez miasto szły oddziały Kozaków, Czerkiesów i Tatarów, było na kogo patrzeć. Prace te przyniosły mu ogromną sławę i jeszcze bardziej wzbogaciły.

Tymczasem doszło do sytuacji co najmniej dziwnej. Oto doktor Morawski, przyjaciel malarza, wspominał, że ten rozwiódł się z żoną. Miał z nią już syna i córkę, i to one stały się przyczyną rozejścia. Wyszło na jaw, że pani Orłowska jest bezpłodna, dzieci zaś wzięła z przytułku! Jak to wszystko było możliwe, trudno powiedzieć. Malarz oddalił żonę, dzieci oddał na wychowanie pewnemu lekarzowi, sam zaś jakiś czas potem związał się z niejaką panią Oefenberg, wdową i właścicielką obwoźnego zoo. Poznali się w tymże przybytku, gdzie artysta przybył studiować anatomię zwierząt.

morda herbu trzy kufle

Popularność i sława przynosiły bogactwo, ale ambitnemu Orłowskiemu było mało. Zapragnął zostać zaliczony w poczet akademików słynnej petersburskiej uczelni artystycznej. Koledzy po fachu robili problemy. On rysownik, znany z karykatur, a tu poważna placówka, wszyscy malują olejem.

Orłowski jednak się uparł, sam nauczył techniki olejnej i przedstawił szacownemu gronu obraz zatytułowany „Odpoczynek kozaków uralskich”. Akademicy kręcili nosem, ale tytuł przyznali. Malarz spełnił swoje ambicje, zaraz też machnął złośliwy rysunek przedstawiający prominentów Akademii.

Popularność niezmiernie cieszyła Orłowskiego, ale i stwarzała okazję do licznych żartów. Na spotkaniach w domu zaprzyjaźnionego Polaka, Gaspara Zelwietra, artysta chętnie portretował pobratymców w krzywym zwierciadle. Charakter spotkań oddaje rysunek przedstawiający „Jwim pana komornika z powiatu kuflowego na Mordach, Morduniach, Mordeczkach, z Mordunia Morda herbu Trzy Kufle”.

Innym znów razem okazało się, że pod oknem domu malarza gromadzą się tłumy ciekawskich gapiów. Ten, niewiele myśląc, wywiesił w oknie płótno pokryte symbolami słonecznymi z wyciętą na środku dziurą. Następnie namalował słońce na własnym zadku i od czasu do czasu wtykał go w otwór, czyniąc dzieło kompletnym. „Mnóstwo wszelkiego stanu ludzi nie domyślając się niczego schodziło się i podziwiało” – notował doktor Morawski.

Niespodziewnie zaczął podupadać na zdrowiu. Leżał przykuty do łoża i zawezwany doktor Morawski zobaczył artystę bladego i mocno wystraszonego. Okazało się, że ma chore serce. Podniesiony nieco na duchu Orłowski wyskoczył z łóżka, narysował niewielki szkic przedstawiający zapaśnicze zmagania kostuchy z olbrzymem. Olbrzymem był on. Walkę przegrał: 13 marca 1832 roku odszedł „nasz malarz Orłowski”.


Tekst: Stanisław Gieżyński
Wykorzystano: Halina Cękalska-Zborowska, „Aleksander Orłowski“, Warszawa 1962; katalog wystawy „Aleksander Orłowski“, Warszawa 1957
Fotografie: Muzeum Narodowe w Poznaniu, Muzeum Narodowe w Warszawie, Muzeum Śląskie w Katowicach, katalogi aukcyjne

reklama
reklama
reklama