Wystawiał w salonach samochodowych, prowadził agencję reklamową, biedował w Paryżu. W końcu osiągnął sukces. Henryk Berlewi – ojciec współczesnej grafiki, i... reklamy.

Dzień 14 marca 1924 roku miał się zapisać złotymi zgłoskami w historii sztuki nowoczesnej. Oto w automobilowym salonie Austro-Daimler, przy ulicy Wierzbowej 6 w Warszawie, Henryk Berlewi pokazywał obrazy w modnej konwencji konstruktywizmu. Nazwał je „Mechano-Fakturą”.

Wybór miejsca nie był przypadkowy: chodziło o związki sztuki z techniką. Działanie Berlewiego stanowiło część akcji organizowanej przez postępową grupę „Blok”, którą tworzyli m.in. Mieczysław Szczuka, Władysław Strzemiński i Katarzyna Kobro. Ich wystawa zbiorowa otwierała się następnego dnia w pomieszczeniach – a jakże – salonu automobilowego Laurent i Klement przy ulicy Mazowieckiej 11.

Te śmiałe jak na owe czasy artystyczne działania napotkały jednak opór krytyków i publicystów. Pierwszy nie wytrzymał Antoni Słonimski, nazywając koncepcję Berlewiego „Mechano-Bzdurą”. „Apostołowie tej faktury przynoszą nam towar zleżały, stary, który w Europie mało już kogo obchodzi” – perorował. Przemyślną koncepcję krytykował „Tygodnik Ilustrowany”, „Sztuka i Artysta”, a nawet „Robotnik”. Słonimski kończył miażdżącą recenzję cytatem z posła Hipolita Śliwińskiego, który do „Wysokiego Sejmu” odezwał się w te słowa: „Ta nie róbcie panowie z siebie wariatów!”.

Czara goryczy się przelała. Na ile urażony poczuł się Berlewi, trudno powiedzieć. Zareagował za to nieformalny przywódca grupy, Mieczysław Szczuka, i wyzwał Słonimskiego na pojedynek. Ten odbył się zgodnie z kodeksem Boziewicza, obaj zainteresowani mieli „zdolność honorową” i spotkali się na ubitej ziemi. Szczuka został postrzelony niegroźnie w kolano, po czym wszyscy ruszyli na wspólną popijawę. To był początek wielkiej przyjaźni między pojedynkującymi się.

Mechano-artysta

Gdy zaprezentowano niefortunną wystawę w salonie Austro-Daimler, Henryk Berlewi miał dwadzieścia osiem lat i całkiem spore doświadczenie na niwie sztuki. Jako dorastający dzieciak rozpoczął studia na warszawskiej ASP, potem przeniósł się do Antwerpii i Paryża. Wszystko to, nim skończył osiemnaście lat!

Początkowo tworzył rysunki i obrazy realistyczne, z czasem zaczął skłaniać się ku ekspresjonizmowi. Współpracował z twórcami kultury żydowskiej, eksperymentował z hebrajską typografią, ilustrował okładki czasopism i tomów wierszy żydowskiej awangardy. Uważał przy tym, że termin „sztuka narodowa” – w tym rozumieniu żydowska – jest zbędny, bo artysta zawsze realizuje swoje wizje indywidualnie.

Momentem przełomowym w życiu Berlewiego był wyjazd do Berlina na początku lat dwudziestych. Tam poznał konstruktywistów, m.in. El Lissitzky’ego, wpływowego teoretyka sztuki i grafika pochodzenia rosyjskiego. I właśnie rewolucyjny jak na owe czasy konstruktywizm stał się malarzowi najbliższy.

W Berlinie sformułował podstawy „Mechano-Faktury”: uproszczenie geometrycznych kształtów, przyjęcie dwuwymiarowości dzieła sztuki, redukcja palety barwnej, mechanizacja środków wyrazu, która sztukę prowadzi w przyszłość. Anatol Stern, przyjaciel malarza, nazwał kiedyś jego prace czystą „kwadraturą koła” – formy geometryczne przenikały się w taki sposób, że kształt okręgu przechodził w kwadrat. Jednak pomysły te nie trafiły w Polsce na podatny grunt. Berlewi uczynił więc to, co dziś zrobiłby sprawny, choć niedoceniony artysta: otworzył agencję reklamową!

Pod wrażeniem ciał

Spółkę „Reklama-Mechano” założył z poetami Stanisławem Bruczem i Aleksandrem Watem. Pierwszy projekt – prospekt reklamowy czekolady Plutos. Słowo i obraz się łączą, na pierwszy plan wychodzi wysmakowana typografia Berlewiego. Do tego poetyckie hasła w stylu „szecherezady smakoszostwa” czy „wiosna zaklęta w cukry”.

Do dziś projekt uznawany jest za klasykę reklamy, dizajnu i typografii. Berlewi współtworzył kioski reklamowe dla Plutosa, opracował plakaty dla pisma „Droga” i wytwórcy sprzętu radiowego ZRN. Pozostały też po nim projekty reklam zrobionych prawdopodobnie dla marki Telefunken. Rynek reklamowy – jak i dziś – był wrażliwy na wahania rynku, więc spółka w końcu interes zwinęła. Malarz wyjechał do Paryża.

Popyt na abstrakcję zmalał, Berlewi wycofał się z eksperymentów i wrócił do sztuki figuratywnej. Malował portrety, a ulubionym tematem było kobiece ciało. Mawiał, że pierwszy raz zobaczył nagą modelką, gdy miał dwanaście lat. „Wspominam to jako decydującą chwilę, a rozwinięte kobiece kształty wywarły na mnie nieprawdopodobne wrażenie”. Odtąd zawsze pragnął odkrywać ukryty urok kobiecej zmysłowości.

Ale bez wątpienia największą rolę w życiu Berlewiego odegrała tylko jedna kobieta: jego matka. To ona zauważyła talent chłopaka, zachęcała do zainteresowania się sztuką. Helena Berlewi – stateczna mieszczka bez artystycznego wykształcenia – sama zrobiła zresztą karierę. W późnym wieku zaczęła malować kwietne kompozycje. Prace podpisywała pseudonimem Hel Enri i szybko zasłynęla jako malarka sztuki naiwnej. Henryk był do matki mocno przywiązany, mieszkał z nią przez wiele lat, a gdy pod koniec życia zyskał popularność, zabierał na wszystkie swoje wystawy.

Tymczasem klepał biedę w mieszkanku przy ulicy Leclerc w Paryżu. Malował rzeczy „sprzedajne” i wydawało się, że świat o nim zapomniał – choć co prawda w latach trzydziestych doczekał się niewielkiej biografii. Gdy przyszła II wojna światowa, pomagał francuskiemu ruchowi oporu. Po wojnie ciągle malował, zgłębiając – wedle słów Sterna – problematykę sublimacji koloru.

Buty idola

Malarz pozostałby zapewne do końca swoich dni w cieniu matki, gdyby nie przypadek. W 1958 roku krytyk i artysta Michel Seuphor zaprosił go na zorganizowaną przez siebie wystawę. Rzecz dotyczyła początków abstrakcji. Berlewiego odkryto na nowo, a wyznawcy nowego trendu – op artu (abstrakcji opartej na złudzeniach optycznych) – okrzyknęli go swoim prekursorem.

Z polskim malarzem jednym tchem wymieniali Węgra Wiktora Veserely’ego. Zdarzenie miało dwie konsekwencje. Po pierwsze Berlewi odgrzebał swoje stare rysunki i szkice, i... zaczął znowu malować. Po drugie śmiertelnie obraził się na Bogu ducha winnego Węgra. Do krytyków, kuratorów i opartowskich malarzy słał listy, w których uparcie tłumaczył, że to właśnie on, nie Veserely, jest prekursorem nowego kierunku.

Malarz, jak pisał Anatol Stern, miał naturę konfliktową, choć na ogół wybuchy gniewu nie trwały długo. Bywały jednak wyjątki, jak historia z Veserelym czy Witoldem Gombrowiczem. Berlewi dostał w 1962 roku stypendium w Berlinie Zachodnim. Przebywał tam i Gombrowicz. Podczas jakiegoś wspólnego spotkania ze studentami pisarz zaatakował współczesną sztukę, co Berlewiego doprowadziło do szewskiej pasji. Pokłócili się strasznie, a malarz mówił potem Sternowi, że „czysty wariat ten Gombrowicz, na sztuce się nie zna, a próbował mnie tam skompromitować”.

Ale nie chodziło tylko o sztukę, jak wspominał mieszkający w Berlinie w owych czasach Tadeusz Kulik. Bo oto polskie towarzystwo zwykło spotykać się w knajpie „U Zunsta” i prowadzić długie dyskusje. Raz w ferworze dysputy Gombrowicz wypalił, że Berlewi tak broni swej dyscypliny, bo się na niej dorobił. Śmiertelnie obrażony malarz odparował, że Gombrowicz nic tylko ludzi obraża, a poza tym jest skąpcem. Faktycznie – w kawiarniach pisarz płacił tylko za siebie.

Prztyczek Gombrowicza był o tyle celny, że Berlewi rzeczywiście odniósł sukces. Po latach posuchy przypomniano sobie o „Mechano-Fakturach” i eksperymentach z typografią. Stał się ikoną dziedzin, które właśnie nabierały największego znaczenia. Łatwo wskoczył w buty idola. Wystawiał na całym świecie, obrazy kupowali prywatni kolekcjonerzy i muzea. Światową prasę obiegły zdjęcia z pokazu mody w Warszawie, do którego użyczył prac. Uśmiechnięty starszy pan siedzi otoczony pięknymi modelkami w strojach inspirowanych op artem.

Malarza nie zabrakło na najważniejszej wystawie op artu – The Responsive Eye w nowojorskiej MoMA w 1965 roku. Zapomniany prekursor nowoczesnego malarstwa nie cieszył się jednak długo sukcesem. Zmarł dwa lata później. Gdy kiedyś Stern pytał go, jak wyobraża sobie malarstwo przyszłości, powiedział: „w ogóle sobie nie wyobrażam, staram się wyłącznie wysublimować nasze znaki – symbole”.


Tekst: Stanisław Gieżyński
Fotografie: katalogi aukcyjne, Muzeum Sztuki w Łodzi
Wykorzystano: Kazimierz Głaz, „Gombrowicz w Vence i inne wspomnienia”, Warszawa 1989;
Anatol Stern, „Głód jednoznaczności i inne szkice”, Warszawa 1972; Hubert Colleye, „Henryk Berlewi-peintre polonaise”, Anvers 1937

reklama