werandacountry.pl werandaweekend.pl
reklama

Leon Chwistek tańczy

Artyści

Leon Chwistek żył za dwóch. Był jednocześnie naukowcem i artystą, wiernym mężem i bawidamkiem, człowiekiem dobrodusznym i amatorem pojedynkowania się na szable…

„Jeśli do czyjegoś intelektu można zastosować epitet »demoniczny«, to chyba do intelektu jednego Leona Chwistka”, pisał Witkacy, który znał go od dziecka. I dodawał: „Sama postać jego jest groźna w swej bawolej wprost potędze, gdy porusza się chwiejąc się jakby z nadmiaru panującego we wnętrzu jej duchowego ciśnienia. Ale nade wszystko poczucie metafizycznej grozy budzi w widzu niesamowity łeb jego, nabity guzami mądrości nadludzkiej jakiejś (…)”.

Rzeczywiście, podczas kiedy większość z nas ledwo daje radę z jedną karierą i jednym, góra dwoma zainteresowaniami, Chwistek pozwalał sobie na karkołomną wręcz wszechstronność. Tu doktorat z filozofii, tam habilitacja z logiki matematycznej, w międzyczasie malowanie, wystawy, teoria sztuki… i nic po łebkach, wszystko z pełnym zaangażowaniem i pasją. Jego postawa wzbudzała nieufność w kolegach naukowcach, wyznających żelazną zasadę, że sztuka współczesna to niegodny umysłu ścisłego zestaw wygłupów, szaleństw i fanaberii.

W głowie im się nie mieściło, że facet który współredagował pisma „Formiści”, „Nowa Sztuka”, a nawet maczał palce w wywrotowej jednodniówce tych oszołomów futurystów „Nuż w bżuhu”, jest w stanie z powodzeniem wykładać logikę matematyczną na uniwersytecie. Dlatego biedny Leon musiał walczyć jak lew, by uznano jego naukowe osiągnięcia.

Na szczęście siłę woli odziedziczył po matce, Emilii z Majewskich, kobiecie charakternej, wrażliwej i utalentowanej (była doskonałą pianistką i jedną z pierwszych uczennic Jana Matejki). Świetnie zapowiadająca się panna Emilia miała pecha zakochać się i, co gorsza, wyjść za mąż za lekkoducha, niezłego lekarza i kompletne biznesowe beztalencie, czyli Bronisława Chwistka.

Dzieciństwo i wczesna młodość Leona (urodzonego w 1884 roku) upłynęły pod znakiem kolejnych plajt rodzinnych interesów – zakładu wodoleczniczego i uzdrowiska w Zakopanem – oraz stale rosnących długów. Zanim jednak doszło do ostatecznej katastrofy, Leon mógł obserwować i przysłuchiwać się rozmowom nader interesującej rzeszy kuracjuszy. Należał do niej między innymi młody Dzierżyński, odchorowujący jedno z licznych zesłań.

Przyszły „Krwawy Feliks” zaraził Leona socjalizmem, choć trudno powiedzieć, czy zrobił to już w Zakopanem, czy później w Krakowie, kiedy przez kilka miesięcy mieszkali w jednej kamienicy. Oprócz kuracjuszy na salonach pani Chwistek bywała też zakopiańska śmietanka artystyczno-intelektualna. I jej dzieci.

W ten oto sposób najlepszymi przyjaciółmi małego Leona zostali przyszły podróżnik i antropolog Bronisław Malinowski oraz młodszy od nich o rok Witkacy. „Trio z uzdrowiska” dobrało się jak w korcu maku – nie tylko pod względem inteligencji, ale i… słabowitości: Malinowski był anemiczny, Witkacy bez przerwy chorował, a Chwistek ledwo co widział przy swoich minus ośmiu dioptriach. Burzliwa przyjaźń z Witkiewiczem trwała do połowy lat dwudziestych i przypominała raczej starcie na ringu niż braterskie uczucie.

Spierali się o wszystko, a najzajadlej o politykę i sztukę. Chwistek często krytykował apodyktyczność przyjaciela, ten zaś w podzięce bezlitośnie wyszydzał jego pisma o teorii sztuki. W końcu panowie pożarli się na dobre. Od tamtej pory Leon wyrażał się o eks-przyjacielu wyłącznie źle i z głęboką pogardą. Nie ufał mu do tego stopnia, że kiedy tuż przed śmiercią Witkacy wysłał mu list, w którym opisał swoje samobójcze plany i prosił o ostatnią, pojednawczą wizytę, Chwistek nie raczył nawet odpowiedzieć. Był przekonany, że to kolejna podpucha mająca go ośmieszyć.

Młody Leon nie należał do uczniów, którzy drżą ze strachu przed klasówką. Przez gimnazjum przeszedł jak burza, ostatnie dwa lata zajmując się głównie… ziewaniem, bo omawiany materiał znał lepiej niż nauczyciele. Potem studiował filozofię (doktoryzował się w roku 1906), matematykę, fizykę i literaturę angielską. Zapisał się także do pracowni Mehoffera na ASP, ale wytrzymał tam raptem kilka miesięcy. Niestety, po studiach, zamiast zająć się pracą naukową, musiał pomyśleć o pieniądzach. Został więc nauczycielem matematyki w swoim starym gimnazjum.

Jakoś tak wyszło, że pracował tam przez dwadzieścia lat. Potem, dzięki rekomendacji samego Bertranda Russella, objął katedrę logiki matematycznej na lwowskim uniwersytecie. Był oryginalnym wykładowcą. „Wykładał po trosze tak, jak się dyskutuje w kawiarni, w gronie przyjaciół – wspominał Karol Estreicher – (…) Przemawiał w sposób kapitalny, zawsze z pamięci, przy akompaniamencie rozkosznych min i gestów. Nie lękał się pewnych ekstrawagancji, które u niektórych innych jego kolegów wywoływały uśmieszki”.

Na przykład walenia w podłogę laską, gdy nieuctwo studentów doprowadzało go do pasji (w czasie pierwszej wojny światowej służył w I pułku artylerii Legionów, gdzie nadwyrężył nogę). Albo grożenia uczniom wyzwaniem na pojedynek, jeśli posądził ich o brak należytego szacunku. Tak się bowiem składało, że Chwistek, choć ledwie widział, był doskonałym szermierzem. Za przykład niech posłuży wydarzenie, które miało miejsce wiosną 1914 roku w Paryżu.

Leon przebywał tam na stypendium, studiując matematykę i fizykę na Sorbonie, malarstwo w akademii oraz arkana miłości w objęciach panny Olgi Steinhaus, posągowej brunetki, która okazała się być kobietą jego życia. Właśnie obraźliwe słowa wypowiedziane pod adresem Olgi sprowokowały Chwistka do wyzwania na pojedynek malarza Władysława Dunin-Borkowskiego. Polała się krew i to obficie, bo Chwistek wprawnym ruchem ranił przeciwnika w skroń i ucho, niemal je odcinając. Zdarzenie opisała prasa francuska, a za nią polska. Niestety, ku wściekłości Leona, w polskiej publikacji przekręcono jego nazwisko na, o zgrozo, „Świstek”.

Po powrocie do Krakowa Leon rzucił się w wir działalności artystycznej. Został głównym ideologiem formistów, bardzo dużo malował i wystawiał, opublikował słynne rozprawy „Wielość rzeczywistości w sztuce” (1918 r.) i „Wielość rzeczywistości” (1921 r.), a po rozpadzie grupy opracował własną teorię malarską (strefizm).

Małżeństwo z Olgą okazało się trwałe i szczęśliwe. Pani Chwistek bez problemu tolerowała chroniczną słabość do płci pięknej, kilkudniowe zadurzenia i kawiarniane flirty swojego ślubnego. Doskonale wiedziała, że jest tą jedyną i że żadna ładna buzia ani nóżka poznana na dancingu (Chwistek był uzależniony od tańca, uwielbiał się nim „rozzmysławiać”) nie może jej zagrozić.

Zdziwionym znajomym tłumaczyła ze stoickim spokojem, że jej mąż po prostu potrzebuje podniety dla swoich marzeń artystycznych i literackich. I rzeczywiście, Leon wielbił żonę niczym kapłan boginię. Kiedy omal nie umarła, rodząc córkę chora na hiszpankę, przestraszył się tak bardzo, że stanowczo odmówił posiadania dalszych dzieci.

Zresztą, czasy fikania na dancingach skończyły się po przeprowadzce do Lwowa. W latach trzydziestych Chwistkowie wiedli już uregulowany, spokojny żywot rodziny profesorskiej. Późna pobudka, wykłady, obiad, potem kawa, obowiązkowa drzemka, spacer po parku i kilka godzin malowania akwarel (latem) lub roztrząsania problemów logicznych (zimą). Do rezygnacji z co bardziej męczących szaleństw zmusiły Chwistka nawał pracy i coraz gorszy stan zdrowia. Choroba nerek sprawiła, że gwałtownie utył, posiwiał. Stał się ociężały i nadwrażliwy. A jednak los zafundował przedwcześnie postarzałemu artyście jeszcze jeden zryw.

W 1941 roku, gdy wojska niemieckie zbliżały się do Lwowa, Chwistek uległ strachowi oraz socjalistycznym ciągotom i uciekł w głąb ZSRR. Nigdy więcej nie zobaczył Olgi, która wolała zostać w majątku córki i zięcia. Przez pewien czas uczył matematyki w wiejskiej szkole, ale zwolniono go z powodu niedostatecznej znajomości języka rosyjskiego. Potem dorabiał korepetycjami z niemieckiego. Nie wiadomo jak i czy przeżyłby kolejne dwa lata, gdyby nie troskliwa opieka młodej Białorusinki, służącej z Lwowskiego domu Chwistków, która nie opuściła coraz bardziej chorego Leona aż do jego śmierci w 1944 roku.

Prowadziła dom, gotowała, łatała dziurę budżetową, dorabiając szyciem. Był to raczej układ pielęgniarka – pacjent. Chwistek nękany atakami paraliżu ledwo chodził i całą siłę, jaką udało mu się wykrzesać z sypiącego się ciała, wkładał w pracę naukową. Po przeprowadzce do Moskwy przyszedł krótki okres odrodzenia. Leon zaczął wykładać na uniwersytecie, publikować swoje rozprawy, działać w Związku Patriotów Polskich. Uznanie, którego zawsze tak pragnął, postawiło go na nogi. Dosłownie. Ale tylko na chwilę.

Leon Chwistek nie doczekał końca wojny. Nie doczekał też nieuchronnego i bolesnego rozczarowania socjalizmem. Choć nie jest wykluczone, że pierwszymi słowami, jakie usłyszał po tamtej stronie, było złośliwe „A nie mówiłem?” – od nienawidzącego komunistów Witkacego.


Tekst: Weronika Kowalkowska
Wykorzystano: „Zeschnięte liście i kwiat”, Alina z Chwistków Dawidowiczowa, Wyd. Literackie, Kraków 1989; „W pryzmacie rzeczywistości. O Leonie Chwistku”, Karol Chrobak, Dekada Literacka; „Leon Chwistek”, Zofia Jeżewska, Epoka, Warszawa 1980; „O Leonie Chwistku”, Karol Estreicher, „Kultura”, nr 6 (505)/1973. fotografie: katalogi aukcyjne, narodowe archiwum cyfrowe, archiwa muzeów

reklama
reklama
reklama