Melancholik z poczuciem humoru, herbowy baron i złośliwy polemista. Ludwik Puget zapisał się zarówno w historii polskiej rzeźby, jak i kabaretu.
 

Afera wybuchła przy okazji zebrania towarzystwa Sokół. „Artysta rzeźbiarz, niejaki P., wskoczył na stołek i w zuchwałych słowach targnął się na te strofy geniuszem natchnionej poetki stworzone”. Dyskutowano kandydaturę „Roty” Konopnickiej na narodowy hymn. Artysta P. tymczasem zauważył, że melodia pieśni „mdła jest i grobowa”, a jej autor wsławił się utworami w rodzaju marsza pruskiej piechoty czy „Zeppelin Marsch”. Jeśli zaś chodzi o tekst, to nie godzi się, by w hymnie padały słowa o „pluciu w twarz”, nawet jeśli poprzedza je negacja. Krótko mówiąc, „Rota” hymnem „być nie może, bo do tego nie dorasta”. Zebranie mało nie skończyło się awanturą, a słowne przepychanki przeniosły się na rozgrzane łamy prasowe. Bohaterem zdarzenia – i autorem cytowanego opisu – był niejaki Ludwik Puget, lat czterdzieści jeden, plastyk i doktor historii sztuki.
 

Zdechły koń w kolorze indyka

Sztuką zajął się Puget z powodu znacznych talentów, jej historią zaś – z miłości. Pochodził ze spolszczonego rodu Francuzów, stąd i podwójna pisownia nazwiska Puget lub Puszet. Jego przodek wstąpił na służbę do Jana III Sobieskiego, a ród zyskał tytuł baronów. Ojciec Jan zajmował się po trosze literaturą i muzyką, znany był jako znakomity szermierz i wytrawny pojedynkowicz. Matka, Maria de Mylo, chętnie rysowała i malowała pastelami. Wedle rodzinnych przekazów spokojnie mogłaby zostać szanowaną portrecistką. Mały Ludwik na wsi u rodziny lepił z gliny figurki, a rówieśnicy mówili mu, że jest artystą. Wśród dzieciaków budził podziw, bo „w Anglii widział Murzynów i kosztował kokosowych orzechów”. Dorastającego już chłopaka malowania akwarelą uczył sam Juliusz Kossak. Jego syn, Wojciech, przekonywał matkę Ludwika, że ten powinien rzucić szkołę i oddać się sztuce. Chłopak w końcu wstąpił do Szkoły Sztuk Pięknych, do pracowni Axentowicza. Jednocześnie poszedł też na UJ, gdzie zajął się historią sztuki, filozofią i… weterynarią, bo od zawsze fascynowały go zwierzęta.

Tę ostatnią dziedzinę w końcu rzucił. Echem fascynacji była pierwsza wystawiona praca – rzeźba zdechłego konia. Dobra, choć jej polichromia wydawała się dziwna. „Ona jest, panie, w kolorze jak pieczony indyk” – twierdził Leon Wyczółkowski. Przy historii sztuki Ludwik pozostał, bo wpadła mu w oko niejaka Isia, córka jednego z profesorów. Żeby mieć możliwość bywania w jego domu, skupił się na nauce. Jako dwudziestolatek był już znanym w akademickich kręgach specjalistą od gotyckiej rzeźby. Gdy kilka lat później na łamach poczytnego „I.K.C.” rozprawił się z partacką renowacją wawelskiej katedry, jej inicjator, książę kardynał Jan Puzyna, tak się wściekł, że przez swoje wpływy zablokował Pugetowi dalsze publikacje.

reklama


 

Lulu i kukiełki

Z planów wobec profesorskiej córki w końcu nic nie wyszło. W 1902 roku związał się z Julią Kwilecką, urodził im się syn Jacek. Dzięki rodzinie otrząsnął się z depresji, w którą popadł po śmierci matki. Miał skłonność do melancholii jeszcze z czasów dzieciństwa spędzonego w cieniu rozwodu i szarpaniny ojca z matką. Jeździł do Paryża, choć za Francuzami chyba nie przepadał. Przeniósł się tam w końcu z rodziną. Po paru latach sam powrócił do Krakowa. „Jestem truteń niepotrzebny na świecie, w sztuce nic nie umiem” – pisał rozgoryczony do żony.

Przełom nastąpił, gdy zaczął współpracę z kabaretem Zielony Balonik. „Lalka stworzyła rzeźbiarza” – podsumował wnuk artysty. Lulu, jak zwał go zaprzyjaźniony Boy, robił główki kukiełek. Odkrył w sobie literackie i satyryczne zacięcie. Już wcześniej pisywał w gazetach o sztuce, literaturze, a nawet balecie, prowadził w felietonach zaciekłe dysputy. Teraz Tuwim jego fraszki umieścił w antologii „Cztery wieki fraszki polskiej”. Sam autor zaś chętnie recytował frywolne wierszyki na spotkaniach z pensjonarkami. A gdy później przeprowadził się do Poznania, założył kabaret Różowa Kukułka i ogłosił się „hersztem szajki”. Na przedstawieniach w domu Pugetów gościnnie występowali Marian Hemar, Jan Sztaudynger czy Magdalena Samozwaniec.
 

Dystyngowany, siwy pan o gładko zaczesanej do tyłu czuprynie, z sarmackim wąsem, w okularach i z nieodłączną fajką – tak rzeźbiarza zapamiętał gdzieś z lat trzydziestych Juliusz Kydryński. Rzeźbiarz znów mieszkał wtedy w Krakowie. Tu też zastał go wybuch wojny. Jak wielu artystów wymigiwał się od pracy na rzecz okupanta, na poły fikcyjnie zatrudniając się w kawiarni U Plastyków. Tutaj 16 kwietnia 1942 roku wraz grupą innych ludzi sztuki (także z Kydryńskim, który zdarzenie dokładnie opisał) wpadł w ręce gestapo. Wszyscy trafili do Auschwitz, gdzie wedle relacji Ludwik dawał niezwykłe dowody odwagi i pogody ducha. Niespełna miesiąc później, ciężko chory i już nieprzytomny, zginął od kul esesmana. Wspomnienie o nim pozostało nie tylko w jego własnej sztuce. Obozowe zdjęcie Ludwika wydobył Józef Szajna i umieścił w swym oświęcimskim asamblażu.


Tekst: Staszek Gieżyński
Zdjęcia: Muzeum Narodowe w Krakowie, Krzysztof Wilczyński/Muzeum Narodowe w Warszawie
Artykuł powstał z wykorzystaniem: Juliusz Kydryński „Był potrzebny. O Ludwiku Pugecie", Kraków 1972.