Na zmiany nigdy nie jest za późno. Alfred Lenica miał 40 lat, gdy rzucił grę na skrzypcach dla awangardowego malarstwa. Największe triumfy święcił pod koniec życia.

Rany boskie, rany boskie, ten łagodny, safandułowaty starzec jest wielkim, prawdziwym artystą – te słowa zanotował Tadeusz Konwicki po tym, jak w 1974 roku odwiedził wystawę Alfreda Lenicy w warszawskiej Zachęcie. Konwickiego z malarzem łączyła więź specyficzna, był jego zięciem. Poszedł więc na wernisaż powodowany „szczerą życzliwością dla miłego starca, któremu zawdzięczam swoją żonę”.

O Lenicy, przez bliskich zwanym Fredziem lub dziadkiem, mówił, że pierwszą połowę życia przegrał na skrzypcach w operze i filharmonii, drugą przemalował w tłoku dzieci i wnuków. Bo faktycznie artysta łączył dwie pasje: muzykę i malarstwo, a był przy tym niepoprawnym idealistą. Wedle słów autora „Lawy” – „dziadek wieczny awangardzista, dziadek naiwny postępowiec, dziadek boży człowiek”.

Zaczęło się od główek

Alfred Lenica pochodził z rodziny robotniczej, wychował się w Pabianicach. Matka bezrobotna, ojciec majster w fabryce. Po pracy ojciec pił ostro i robił awantury. Kiedy był trzeźwy, rysował różne rzeczy małemu Fredziowi. W ten chyba sposób zaszczepił mu miłość do sztuki. Picie jednak zwyciężyło i trafił do szpitala psychiatrycznego. Lenica wspominał: „Rysował mi i pokazywał rysunki innych wariatów. Umarł, gdy miałem dziesięć lat. Na pogrzeb pojechałem dorożką”.

Wychowywał się licho wie jak. Na szczęście szybko zainteresował się muzyką, bo Pabianice to miasto muzykantów i chórów. W szkole szło mu niespecjalnie, ale w muzyce był dobry – grał na skrzypcach. W końcu jako młodzian wyjechał do Poznania, by kontynuować naukę. Trafił do klasy instrumentów smyczkowych konserwatorium, które działało pod egidą Teatru Wielkiego.

Muzyczne ćwiczenia nie przeszkadzały mu w rozwijaniu malarskiej pasji. Zapisał się do Prywatnego Instytutu Sztuk Pięknych, kupował niemieckie książki o historii malarstwa. Wsiąkł w klimat Poznania, a matka słała z Pabianic listy: „Co się znaczy, że do mnie wcale nie piszesz? Odpisz zaraz!”.

O rodzicielce Lenica mówił, że strasznie go kochała i była wpatrzona w niego jak w cud. Tymczasem Fredzia zajmowała sztuka i amory. W sklepie „Artykuły męskie” poznał piękną Janinę Kubowicz, a przypadek sprawił, że jej ojciec był malarzem. Zaręczył się i ożenił, wkrótce też sprowadził do nowego domu matkę.

Mieszkanie, choć zimne i ciemne, nowożeńcom wystarczało. Rodzina powiększyła się o syna Jana i córkę Danutę. Do pensji muzyka w teatrze artysta dorabiał, malując portrety żony w różnych przebraniach, głównie chłopskich, stylizowane na obrazy Axentowicza. Sprzedawał je lokalnemu antykwariuszowi. Płótna cieszyły się sporym powodzeniem i po pewnym czasie rodzina zmieniła nawet mieszkanie na lepsze.

Mniej więcej w tym samym czasie wyszła na jaw natura „naiwnego postępowca”. Alfred zaangażował się w działalność Komunistycznej Partii Polski. Już wcześniej interesowała go tematyka proletariatu, namalował kilka obrazów przedstawiających życie niższych warstw. Teraz przyjmował u siebie w domu konspiratorów, przechowywał bibułę, dawał schronienie osobom wypuszczonym z więzienia.

W końcu jednak zrezygnował z aktywnej działalności po tym, jak syn Janek... zabrał bibułę do szkoły i pokazał nauczycielce. Sprawa została załagodzona, a jakiekolwiek związki Fredzia z komunizmem przerwane do czasu, gdy w Polsce zapanował socrealizm.


Taszyzm i flirt z socrealizmem

Przełomowym momentem w życiu malarza amatora była okupacja. Zarabiał na życie, ciągle sprzedając swoje „główki” – tym razem nabywcami byli niemieccy oficerowie. W końcu jednak, w 1940 roku, Lenicę wysiedlono z Poznania.

Tadeusz Konwicki tak relacjonuje tę rodzinną historię: „Przyszli Niemcy, krzyczeli i grozili, kazali się wynosić. Fredzio spakował parę blejtramów, pudełko z farbami, wyszedł przed dom i grzecznie wsiadł do podstawionego autobusu. Siedzi i czeka, zamyślony. Po chwili otwiera się okno, głowę wychyla żona malarza i woła: Fredek! A dzieci, a rzeczy, a toboły? – Aaa, zapomniałem – odpowiada zadumany Lenica”.

Z Poznania Lenicowie trafili do Mielca. Była straszna bieda, w zamian za futro Janiny rodzina wynajęła mieszkanie. Dzieci żebrały. Alfred w końcu dostał pracę jako muzykant w knajpie. Tam, grając „do kotleta”, poznał Jerzego Kujawskiego, także muzyka i malarza amatora. Kujawski był wielkim zwolennikiem malarskich nowinek, prezentował je Fredziowi, a w końcu poznał go w Krakowie z młodymi twórcami awangardy – Kantorem, Jaremą i innymi.

Miało to decydujący wpływ na życie malarza. Gdy skończyła się wojna, był dojrzałym, ponadczterdziestoletnim mężczyzną, znakomitym muzykiem i niespełnionym malarzem. Wtedy właśnie postanowił oddać się do końca swojej drugiej pasji. Po wojnie Lenica organizował artystyczną społeczność w Związku Polskich Artystów Plastyków. Jednocześnie dużo malował i eksperymentował.

Krytyk Bożena Kowalska zauważa wręcz, że Alfred „odkrył” taszyzm w tym samym czasie co Jackson Pollock! Dzieliły ich tysiące kilometrów i odmienne kultury, ale pracowali podobnie. – Kiedy maluję, nie zauważam, co się dzieje, dopiero potem spostrzegam, co zrobiłem– opowiadał Lenica.

Farby lał na płótno, przekrzywiał je i czekał, aż stworzą zacieki. Drapał żyletkami, rozcierał palcami. – Liczyłem na przypadek – mówił. – Tak wyspekulowałem „Szlochy Getta” i „Egzekucję”. Jak większość polskich artystów, Lenica przeżył flirt z socrealizmem. Był ideowcem, wierzył, że masy należy edukować. Malował Pstrowskiego, Bieruta i pochody pierwszomajowe. Z tymi ostatnimi wiązała się zresztą niezbyt miła przygoda.

Oto Fredzio kupił sobie samochód – morrisa. Kierowcą był mizernym, mimo nauk udzielanych przez zaprzyjaźnionego malarza Kajetana Sosnowskiego. 1 maja postanowił zabrać rodzinę na krótką przejażdżkę do podwarszawskich Obór. Zdołali dojechać do Jeziorny, gdy stracił panowanie nad pojazdem. Wyrżnął równo w rusztowanie z pierwszomajową dekoracją, obsypując kartonem i sklejką zgromadzonych notabli. Wydawało się, że sprawa skończy się na posterunku milicji, jednak Fredzio lekką ręką wyciągnął 300 złotych z kieszeni i pokrył straty.

Automobilowych przygód miał więcej. Zięć oskarżał go żartem o to, że mu żona posiwiała. Wszystko dlatego, że z Genewy do Warszawy przejechał Fredzio z Danutą całą trasę autem na pierwszym biegu, twierdząc, że ten jest dla niego najlepszy. Na nic zdały się prośby córki, której dopiero w Polsce udało się siłą zmusić ojca do wrzucenia dwójki.

W okresie socrealizmu Lenica pokazywał dwie twarze. Z jednej strony uprawiał klasyczne malarstwo w służbie systemu, z drugiej upierał się, że sztuka wcale nie musi niczego konkretnego przedstawiać. Muzyka – jak twierdził – jest z natury abstrakcyjna, a nikt z tego powodu nie ma pretensji. O każdym, kto piętnował abstrakcję, mówił, że widzi przed sobą „pysk przedwojennego endeka, zakuty łeb, który na wszystko, co nowe, mówił, że to żydokomuna”.

W końcu pozbawiono go stanowiska w ZPAP-ie. W urzędowym raporcie można było przeczytać: „w życiu prywatnym utrzymuje szerokie stosunki towarzyskie bez różnic klasowych oraz lubi przebywać w towarzystwie kobiet i w lokalach publicznych”.

Gdy socrealizm przeminął, artysta stwierdził po prostu, że próbował różnych eksperymentów z formą i tyle. Późniejszy okres należał do najpłodniejszych w jego życiu. Konwicki tak opisywał teścia: „Fredzio tymczasem mile uśmiechnięty malował sobie od rana do nocy spore płócienka, posłuchał trochę muzyki, poleciał na jakieś wystawy, skonsumował ze smakiem jakiś odczycik, przeczytał w łóżku futurystyczną albo awangardową książeczkę”.

Żył przede wszystkim sztuką, inne sprawy mało go zajmowały. O ślubie córki z Tadeuszem Konwickim dowiedział się... od kolegów w knajpie, bo gdy młodzi niespodziewanie się pobrali, akurat był w Bułgarii. Nie przejął się zbytnio taką niespodzianką. Ogólnie w życiu zachowywał stoicki spokój. Wkrótce po przeprowadzce do Warszawy dowiedział się, że jego pracownia w Poznaniu została okradziona. Gdy Konwicki spytał, czy pojedzie na miejsce przestępstwa, odparł flegmatycznie: „A po co, przecież wszystko ukradzione”. I wrócił do malowania.

Bez pędzli i farb nie potrafił żyć. Opowiadał, że nawet w chwilach, kiedy nie mógł malować, miętosił tubki z farbami, wąchał je, formował w przedziwne kształty. Na temat sztuki poglądy miał proste. W jednym z wywiadów tłumaczył: „Malarstwo typu ładnego jest złe. Malarstwo ciekawe jest dobre”. Nic dziwnego, że Konwicki nazywał go „motylkiem, miłym jurodiwym, co zabawia się bez odpowiedzialności ze sztuką pod naszym wyrozumiałym okiem”.

Jednak po wystawie w Zachęcie w 1974 roku zmienił zdanie. Napisał, że chyli głowę przed  człowiekiem, którego życie wybuchło na koniec jak wulkan feerią barw, blasków i gwiazd. Bo takie właśnie było malarstwo Alfreda Lenicy. Starszy pan zmarł trzy lata po wernisażu, którym tak bardzo zachwycił zięcia.


Tekst: Stanisław Gieżyński
Fotografie: Muzeum Narodowe we Wrocławiu, Muzeum Zamojskich w Kozłówce, katalogi aukcyjne
Wykorzystano: „Alfred Lenica: malarstwo”, opracowanie Wojciech Makowiecki, Galeria Miejska Arsenał, Poznań, 2002; „Kalendarz i klepsydra”, Tadeusz Konwicki, Czytelnik, Warszawa 1976

 

reklama