reklama

Stefan Norblin - malarz maharadży

Artyści

Przedwojenna warszawska śmietanka towarzyska stała w kolejce do pracowni Stefana Norblina. Był niezrównanym portrecistą. Jego talent docenił nawet hinduski książę.

Ta historia czekała, żeby ją odkryć – opowiada niemiecki historyk sztuki Claus-Ullrich Simon. Podczas podróży przez Indie trafił on do miasta Jodhpur. Zachwycił go Umaid Bhawan – pałac maharadży. Kiedy wszedł do środka, oniemiał: 347 komnat w stylu art déco, na ścianach wspaniałe murale i obrazy. Widać, że wyszły spod jednej ręki. Kto jest autorem? – dociekał. – Snorblin – brzmiała odpowiedź. Simon nie znalazł takiego artysty. Był natomiast Stefan Norblin. Po prostu obrazy w pałacu podpisano „S. Norblin”.

Portrecista z towarzystwa

Pochodził w prostej linii od Jana Piotra Norblina, nadwornego malarza polskiej magnaterii. Ojciec był przemysłowcem i taką samą karierę wymyślił dla syna. Stefan jednak poświęcał czas głównie kopiowaniu XVII-wiecznych niderlandzkich i flamandzkich malarzy. W 1913 roku miał pierwszą wystawę w Amsterdamie. Był geniuszem samoukiem, zafascynowanym sztuką portretu.

Mimo niechęci rodziciela zaczął jednak karierę malarską, przenosząc na płótno najznamienitsze postaci przedwojennej Polski. Był rozchwytywany. Delegacje rządowe zabierały go na oficjalne spotkania jako tłumacza – był nim już wtedy, gdy jako ochotnik zaciągnął się na wojnę bolszewicką. Nic zatem dziwnego, że pozowali mu Wieniawa-Długoszowski, Rydz-Śmigły, Jan Wedel i Piłsudski.

– Zostać sportretowanym przez Norblina to był honor – wspominała Stefania Grodzieńska. Damy z towarzystwa ustawiały się w kolejce do pracowni przy ul. Mazowieckiej 1. Wiadomo było, że artysta oddaje nie tylko urodę modelki, lecz także jej osobowość. Grodzieńska nazywała te portrety „antykarykaturami”. Wyciągały to, co najlepsze, usuwając na dalszy plan niedoskonałości. Malował Hankę Ordonównę, Jadwigę Smosarską, Zulę Pogorzelską, ale pozowały mu też żony dyplomatów, jak Jadwiga Beckowa.

Stefan, oddaj Manię

W artystycznych kręgach znalazł żonę – w 1926 roku poślubił aktorkę Marię Modzelewską. Jednak związek zakończył się rozwodem. A było tak: na przedstawienia Mani regularnie przychodził Hemar. Wszyscy czuli, że coś wisi w powietrzu, choć Norblin niczego nie zauważał. W końcu Mira Zimińska wzięła go na stronę. – Stefan, oddaj Manię Jankowi – powiedziała – inaczej on się zabije! I co zrobił Norblin? Zgodził się. Z aktorek jednak nie zrezygnował. Związał się z Leną Żelichowską. Była tancerką i piosenkarką w teatrzykach rewiowych, lecz szybko wyrosła na gwiazdę operetki i filmu, jedną z najbardziej znanych blond piękności polskiego kina.

Na początku lat 30. Norblin zaczął budowę rodzinnej siedziby – willi Kaskada na warszawskiej Kępie Potockiej. Tuż obok chciał postawić studio filmowe dla żony. Ale wtedy wybuchła wojna.

Wielka ucieczka

4 września 1939 roku. „Siedzieliśmy w restauracji u Langnera na Focha, moja żona Władzia, Lena Żelichowska-Norblinowa, Stefan i ja. Byliśmy sami, oprócz nas, personelu i właściciela lokalu J. Szymanowskiego nie było nikogo. – Władzia z Leną wyjadą pod Pińsk. Tam u mojego przyjaciela w leśniczówce jakoś tę wojnę przetrzymają, a my z tobą, Kaziu, do wojska. Przecież długo to potrwać nie może. – Tak jest, panie dyrektorze – wtrąca kelner, nalewając do kieliszków starkę. – Anglicy już są w Gdańsku, Francuzi przeszli Ren, a nasza kawaleria podchodzi do Królewca. A zatem: zdrowie naszej polskiej armii, tej, co nas wolnością karmi… Nie było Pińska, nie było Gdańska, nie było benzyny do samochodu, nie było Królewca, nie było komu dać nam przydziału. Był apel przez radio, była tragiczna środa… miliony ludzi na szosach – i nie zobaczyłem już Stefana Norblina nigdy w życiu” (Kazimierz Krukowski „Moja Warszawka”).

Któregoś dnia nad willą Norblinów przeleciał messerschmitt i ostrzelał dom, gdy Lena stała na balkonie. Cudem uszła z życiem. Artyści czym prędzej postanowili wyjechać. Zabrali mały bagaż, odrobinę gotówki i biżuterię. Duże pieniądze wsadzili w budowę Kaskady, a zresztą jak w czasie nalotów podjąć cokolwiek z banku?

Przez Rumunię dotarli do Turcji, stamtąd do Iraku. Norblin malował portrety rodziny panującej. Zachowało się nawet pismo z podziękowaniami, podpisane przez „szefa ceremonii królewskich”. W końcu dostał brytyjską wizę do Indii. Nie było łatwo; pewnym tropem jest portret brytyjskiego ambasadora – być może rewanż za pomoc w załatwieniu formalności.

W czerwcu 1941 roku gazeta „Illustrated Weekly of India” opublikowała krótką informację o przybyciu do Bombaju „znanego polskiego malarza w drodze do Ameryki”. Ameryka była od początku celem podróży Norblinów. Tymczasem trafili do kosmopolitycznego miasta, ogarniętego obsesją estetyki art déco.

Baju-baju w Bombaju

Jakim cudem Norblin znów trafił w kręgi społecznej elity? Może pomógł artykuł prasowy ilustrowany portretem króla Iraku? Ze szczątków informacji wyłania się obraz artysty, który szybko zyskuje uznanie wśród najmożniejszych. Żyje jak w raju. Kroniki dokumentują polowania radżów, na które zapraszają Stefana. Wystawia prace w prestiżowym Sir Cowasji Jehangir Hall. Wernisaż przyciąga śmietankę towarzyską Bombaju.

To właśnie po nim dostał zlecenie na dekorację pałacu w Jodhpurze. Pomógł mu przypadek. Oto statek wiozący zamówione przez maharadżę w Anglii meble storpedował u-boot. Norblinowi nakazano nie tylko wymalowanie ścian, ale również zaprojektowanie wyposażenia. Zwieńczeniem dzieła były malowidła w sali tronowej – sceny z eposu Ramajany.

W 1944 roku Lena urodziła syna. Gdy Andrew miał rok, zachorował na malarię. Pewnie by umarł, gdyby nie maharadża, który wysłał prywatny samolot po lekarstwa.

Sen o Ameryce

Gdy wojna dobiegła końca, Norblinowie wsiedli na statek do Nowego Jorku. Z powodu pól minowych na drogach wodnych dotarli do San Francisco. I tam zostali. Żyli skromnie. Stany to jedyny kraj, w którym Stefan nie zdobył popularności. Lena porzuciła marzenia o scenie i filmie – została manikiurzystką. Stefanowi malowanie szło coraz gorzej, cierpiał na jaskrę, tracił wzrok. 12 sierpnia 1952 roku zostawił list pożegnalny i połknął opakowanie środków nasennych. Lena zmarła sześć lat później, gdy ich syn miał 14 lat. Andrew Norblin również został artystą – wirtuozem gitary.

Tekst: Stanisław Gieżyński, Krystyna Kopytko
Fotografie: Katalogi Domów Aukcyjnych, Nac, Muzeum Plakatu w Wilanowie, Kolekcja Muzeum Regionalnego w Stalowej Woli  zakupiona dzięki dotacji MKiDN.

reklama