reklama

Twórczość Bronisława Linke

Artyści

Bronisław Linke samozwańczy anarchista, apokaliptyczny wizjoner, a prywatnie niepoprawny kpiarz.

Kobieta była młoda i elegancka. Z teką rysunków pod pachą szukała na korytarzach warszawskiej Szkoły Sztuk Plastycznych profesora Pruszkowskiego. Do dawnego nauczyciela przysłał ją mąż, by spośród prac pomógł wybrać najlepsze na „wystawę pacyfistyczną”. Profesor zawołał grupę studentów i zaprosił do gabinetu na "konsylium". Miła pani z uśmiechem na ustach zaczęła pokazywać kolejne obrazki tak, jakby to były słoneczne pejzaże – wspominał malarz Włodzimierz Bartoszewicz. – A nam włosy jeżyły się na głowie.

Zgromadzeni zobaczyli makabryczne sceny i wstrząsające pornograficzne kompozycje, tak sugestywne, że przestawały być pornografią, a stawały się społecznym i politycznym programem. Wszyscy byli oszołomieni, Pruszkowski drżącą ręką wskazał kilka najbardziej znośnych prac. Gdy studenci wychodzili z gabinetu, jedna z dziewczyn westchnęła: "obiadu już dziś nie będę jadła".

Geniusz z wizją

"Miłą panią" z opowieści Bartoszewicza była Halina Skarżyńska, pierwsza żona Bronisława Wojciecha Linke, malarza i rysownika. Jego sztuka wymyka się klasyfikacjom. Witkacy twierdził, że to jedyny współczesny mu artysta godny uwagi, geniusz, którego tematem jest "nasza okropna, zakłamana, mdło-demokratyczna rzeczywistość". Krytyk Ignacy Witz pisał o "wizji typu obsesyjnego", która wyrosła "z miłości do człowieka miażdżonego kołem tysiąca bezdusznych maszyn". Andrzej Turowski mówił o „absolutnej metafizyce Apokalipsy”.

Mroczne wizje

Jakkolwiek nazywać prace Linkego, jedno jest pewne: nigdy nie pozostawiały widzów obojętnymi. Przeważnie budziły wstręt i odrazę. Tylko nieliczni kochali jego szczerość przekazu. Nade wszystko zaś wielbili człowieka – doświadczonego przez życie, umęczonego, a jednocześnie ironicznego i pełnego dystansu do świata.

Początków fascynacji mrocznymi wizjami można dopatrywać się w dzieciństwie malarza. Urodził się w polskiej rodzinie w Dorpacie, w Estonii. Był świadkiem rewolucji lutowej, walk o niepodległość z Niemcami i bolszewikami. Wojenne scenki utrwalał na młodzieńczych rysunkach. Już jako dorosły z obsesyjnym zaangażowaniem zbierał drewniane pajacyki na sznurkach. Z dzieciństwa pozostała też kolejna pamiątka: w wyniku nieudanej operacji stracił wzrok w jednym oku.

Po wojnie rodzina Linkego została repatriowana do Kalisza. Gdy zmarła matka, piętnastoletni Bronek uciekł z domu. Pracował w tartaku i fabryce Polameryka, uczył się w bydgoskiej Szkole Przemysłu Artystycznego. Przez chwilę studiował w Krakowie, wreszcie trafił do warszawskiej pracowni Pruszkowskiego. Uczniowie profesora zgłębiali przede wszystkim zagadnienia koloru, ale Linke wolał rysunek. W czerni i bieli tworzył mroczne wizje zgromadzone w cyklach "Wojna" i "Miasto". Zaczął publikować rysunki w "Szpilkach". Miał jechać na stypendium do Paryża, ale plany pokrzyżowała śmierć żony. Zamiast do Francji, trafił do Zakopanego.

Przyprawione wąsy

W stolicy Tatr wpadł prosto w objęcia Witkacego. "Czapki z głów, oto geniusz" – brzmiał tytuł artykułu napisanego przez Witkiewicza o Linkem. "(On) okiem jasnowidza widzi całą straszność naszej epoki" – entuzjazmował się autor i dowodził, że wywrotowcem w sztuce nie jest ten, kto twierdzi, że kapitalizm jest zły, lecz ten, kto przeciwstawia się kapitalizmowi jako szczęściu.

Trudno dociec politycznej postawy samego malarza. Z pewnością miał lewicujące poglądy, choć bardziej niż walka klas interesował go los jednostki gniecionej przez bezduszny system. Przez sanacyjne władze uznawany był jednak za komunistę i wichrzyciela, o czym świadczą choćby niefortunne losy cyklu „Śląsk”. A było tak: w 1936 roku trwała wielka akcja propagandowa rządu promująca powstający Centralny Okręg Przemysłowy. Na ideologiczny front posłano dziennikarzy, pisarzy i malarzy, którzy mieli optymistycznie ukazać rozwój państwa. Linke jednak zamiast chwalić postęp, przedstawił mroczne wizje człowieka fizycznie torturowanego przez wielki przemysł. Dwa lata później prace pojawiły się na wystawie w Instytucie Propagandy Sztuki. Ekspozycję zamknięto, wskazując na jej szkodliwość społeczną.

Chociaż obrazy malarza były ponure, sam miał osobowość niepoprawnego kpiarza. Często bywał w "magicznym sklepie" na Chmielnej w Warszawie, gdzie kupował sztuczne nosy czy kieliszki z "wiecznym winem". Satyryk Jerzy Zaruba wspominał, jak to Linkemu przyszło mieszkać w Puławach. Czas zabijał spacerami po lasach. Za przewodnika służył mu własny kot. Dalej szedł Linke, z przyprawionym nosem i wąsami, we fraku i szapoklaku na głowie, a czasem w białych ineksprymablach, czyli kalesonach. Jeszcze wiele lat później puławianie opowiadali, że dziwaczna postać była szpiegiem.

Skłonność do żartów szła w parze z zamiłowaniem do bon motów. Gdy zobaczył dom wczasowy, w którym miał spędzić kilka tygodni, nazwał go chatką-abnegatką. O historykach sztuki powiadał, że to "półgłówki wawelskie". Drażnił go patos i zadęcie. "Świnie też umierają stojąc" – kpił z bojowo nastawionych patriotów. Ułożył nawet krótki wierszyk-motto: "Lepiej mieć twardy stolec niż za ojczyznę polec".

Chmura jak Lenin

Tymczasem nadeszła wojna i Linke musiał uciekać z Warszawy. Główną przyczyną były jego karykatury Hitlera – tak popularne, że publikowano je nawet w Anglii. Po wejściu Niemców do Warszawy gestapo zdemolowało pracownię malarza, jego samego na szczęście już tam nie było. Razem z drugą żoną Anną i jej rodzicami wyruszył na wschód, za Astrachań.

Pracował przy wyrębie tajgi, wieczorami tworząc rysunki dla żony. Opatrywał je komentarzami, w których siebie nazywał "Psiuńcium", a ją "Anną Marią Nuńcium". Sytuacja rodziny poprawiła się, gdy Bronisława zatrudniła partia komunistyczna. Rysował mapy, robił portrety notabli. Oprócz standardowych Leninów powstawały czasem dzieła nieco absurdalne, "Budowa fabryki, w tle niebo – chmury jako Stalin i Lenin". Malarz, bądź co bądź uczeń kolorysty Pruszkowskiego, eksperymentował z farbami i materiałami. Jeden z portretów Michaiła Kalinina, oglądany pod pewnym kątem, sprawiał wrażenie, jakby radziecki działacz się rumienił.

Linkowie wrócili do Polski w 1946 roku. Pomogła im przyjaciółka Maria Dąbrowska: to dzięki niej zostali wpisani na listę repatriacyjną. Ale powrót do Warszawy był szo- kiem. Miasto wyglądało jakby żywcem wyjęte ze strasznych wizji Linkego. To cierpienie dokumentuje seria obrazów "Kamienie krzyczą".

Powojenna rzeczywistość okazała się trudna. Jego sztuka nie pasowała do forsowanej przez władzę radosnej wizji świata. I choć Dąbrowska wspominała, że na wystawie grupy "Powiśle" największe tłumy gromadziły się właśnie wokół jego prac, nie przekładało się to na zawodowy sukces. Inna sprawa, że profity mało go obchodziły. Obrazów sprzedawać nie chciał, państwowych odznaczeń nie odebrał. Żył zamknięty w pracowni, gdzie na drzwiach wisiała gwizdnięta z lasu tabliczka: "Nie wchodzić, teren objęty żywicowaniem".

Czas Linke dzielił na dwa rodzaje. Gdy mówił "pracuję", znaczyło, że maluje. Tworzenie podle płatnych karykatur kryło się pod określeniem "Brońcia pod gościem". Wizja owej Brońci, co kupczy ciałem, dobrze oddaje nastawienie Linkego do rysunków. Zarabiał i tyle. Systemowi się nie wysługiwał, choć teoretycznie mógłby zrobić karierę. Kuzynem jego żony był Jakub Berman, szara eminencja reżimu.

Żył ubogo, ale w otoczeniu przyjaciół. Po swojemu płatał im figle: popłoch wywoływała "tasiemcówka": na dnie flaszki leżał kawałek skórki z cytryny podmalowany tuszem, by przypominał pasożyta. Malarza nie opuszczało kpiarskie nastawienie do świata: w domu trzymał kolekcję wszelkiego rodzaju badziewia, swoisty pomnik ludzkiej głupoty: szklane kule ze sztucznym śniegiem, paskudne maski i lalki. Honorowe miejsce zajmował drewniany osiołek na cokoliku z podpisem: "Linkemu – naród".

Z czasem z obrazów zniknęły wspomnienia straszliwej wojny, ustępując miejsca metaforom. Pracę "Morze krwi" zainspirowała powieść Alfreda Kubina. Apokaliptyczną wizję oceanu posoki poprzedziły studia z natury w Ustce i Jastarni. Najsłynniejszy obraz – "Autobus" – to z kolei dalekie odbicie "Wesela" Wyspiańskiego. – Muszę jeszcze paru znajomych do autobusu wrzucić – mówił malarz Wojciechowi Żukrowskiemu podczas pracy nad płótnem.

Akurat kiedy twórczość Linkego zyskała rozgłos, zdiagnozowano u niego raka. Zmarł 6 października 1962 roku w Warszawie. Wkrótce zorganizowano jego pierwszą powojenną wystawę. Minęło wiele lat, a zapomniane wizje Linkego znów nawiedziły umysły Polaków – za sprawą Jacka Kaczmarskiego, który zainspirowany pracami malarza napisał dwie piosenki: "Czerwony Autobus" i "Kanapka z Człowiekiem". "Masło świetne, chleb wspaniały, człowiek z lekka był zgorzkniały" – puentował pieśń o kanibalizmie poeta.

Tekst: Stanisław Gieżyński
Fotografie: Katalogi domów aukcyjnych i muzeów, Archiwum Cezarego Gawrysia/FOTONOVA

Nr 6 (114/2012)   

reklama