werandacountry.pl werandaweekend.pl
reklama

Arcydzieła w polskich muzeach

Artyści

Jeśli ktoś sądzi, że okazją na bliskie spotkania ze sztuką najwyższych lotów są tylko zagraniczne wyjazdy – jest w błędzie. W Polsce też mamy arcydzieła – z tym że nie są skomasowane w jednym gigantycznym muzeum w rodzaju paryskiego Luwru. Trzeba je tropić w wielu miejscach, rozrzuconych po całym kraju. Listę najważniejszych polskich skarbów otwiera „Dama z gronostajem” Leonarda da Vinci z Fundacji Czartoryskich w Krakowie.


Także w tym mieście, na Wawelu, są arrasy wawelskie, które podczas II wojny ukryto w Kanadzie i z dużym trudem odzyskano, bowiem tamtejsze władze nie chciały wydać renesansowych tapiserii komunistom.

Kościół Mariacki szczyci się późnogotyckim ołtarzem Wita Stwosza, dumą zaś Muzeum Narodowego w Gdańsku jest „Sąd Ostateczny” Hansa Memlinga – tryptyk ołtarzowy z XV wieku. Losy tego malowidła to historia tak sensacyjna, że zasługuje na powieść lub film. Ale nie tylko dzieło Memlinga przeszło burzliwą drogę, zanim trafiło do Gdańska. Większość cennych zabytków sztuki miało powikłane „życiorysy”.

Z żarówką na Madonnę

Na trop „Ekstazy świętego Franciszka” El Greca wpadły dwie historyczki sztuki zupełnie przypadkiem, w 1964 roku, podczas inwentaryzacji podlaskich zabytków. Badaczki były młode, więc nie za bardzo ufano ich ustaleniom. Dopiero dziesięć lat później, podczas zabiegów konserwatorskich, uwidoczniła się sygnatura malarza. Ale w jaki sposób El Greco znalazł się na plebanii w Kosowie Lackim? Tego nie wie nikt. Może, jak wskazują poszlaki, wcześniej był w zbiorach Lubomirskich? Ustalanie kwestii własności zajęło kolejnych 30 lat – i dopiero od 2004 roku arcydzieło można oglądać w Muzeum Diecezjalnym w… Siedlcach.


Jeszcze bardziej zagadkowe jest pochodzenie jednego z naszych najsłynniejszych obrazów – Matki Boskiej Częstochowskiej. Legenda mówi, że jasnogórska ikona wyszła spod ręki… świętego Łukasza, który zamiast zwykłych desek jako podobrazie wykorzystał blat stołu Świętej Rodziny.


W istocie – Madonna przeszła trzy przeobrażenia: pierwszą namalowano na podkładzie z drewna lipowego, prawdopodobnie w XIII wieku; zniszczoną ikonę nieco „poprawiono” w połowie XIV wieku i trafiła na Jasną Górę. Prawie 50 lat później na klasztor napadli husyci i dzieło uszkodzili. Decyzją Władysława Jagiełły Madonnę znów przemalowano.


Kolejny atak na ten zabytek przypuszczono w grudniu ubiegłego roku. Tym razem napastnikiem był mężczyzna „uzbrojony” w żarówki wypełnione czarną substancją. Skończyło się na panice – Jasnogórskiej Pani nic nie groziło pod otuliną z szyby pancernej.


We wrocławskiej katedrze też króluje Madonna z Dzieciątkiem, jednak jej pochodzenie oraz autor są dobrze znane: wielki renesansowy artysta Lucas Cranach stworzył pracę (zwaną „Madonną pod jodłami”) dla tej właśnie świątyni. Od 1510 roku – roku namalowania – do II wojny dzieło nie zmieniało lokalizacji, jeśli nie liczyć „przeprowadzki” z kaplicy do skarbca, gdzie udostępniano je widzom za opłatą. W 1943 roku hitlerowcy ukryli obraz w klasztorze cystersów w Henrykowie. Po rozmaitych perypetiach Madonna rok temu wróciła na swoje miejsce w katedrze.

Córka drożej sprzedana


Rembrandt czy ktoś z jego warsztatu? Może Ferdinand Bol, jeden z najzdolniejszych uczniów mistrza? Zastanawiano się nad tym, gdy w przededniu swych setnych urodzin Karolina Lanckorońska przekazała dwa portrety do muzeum Zamku Królewskiego. Na jednym – młoda dziewczyna w oknie, na drugim – brodaty starzec zajęty lekturą. Oba datowane na rok 1641 i sygnowane nazwiskiem malarza z Lejdy.


Dlaczego więc poproszono o opinię ekspertów z Rembrandt Research Project? Bo pannę uznano za… zbyt ładną jak na modelkę van Rijna. Artystę pociągały kobiety zbliżone urodą do Saskii, jego przedwcześnie zmarłej żony. Rembrandt najchętniej odtwarzał jej dość pospolitą twarz i ten „ideał” narzucał podopiecznym. W jaki sposób portrety znalazły się u nas?


W 1815 roku Kazimierz Rzewuski odkupił płótna od Marii Teresy Tyszkiewiczowej, spadkobierczyni ostatniego króla Polski. Stanisław August Poniatowski nabył je od hrabiów Kamecke w 1777 roku i powiesił w Dużym Pałacu w Łazienkach. Zapłacił sporą jak na owe czasy sumę: 300 dukatów za dziewczynę i 200 za uczonego. Żeby skłonić monarchę do podwójnego wydatku, obrazy na siłę połączono w dyptyk, nadając im tytuły sugerujące fabularny związek – „Żydowska narzeczona” i „Ojciec narzeczonej”. „Narzeczona” oczekuje na oblubieńca, a jej „ojciec” rozmyśla nad zapisem posagu. Tymczasem to chwyt marketingowy sprzedającego!


Zupełnie inny van Rijn znalazł się w Fundacji Czartoryskich w Krakowie: „Krajobraz z przypowieścią o miłosiernym Samarytaninie”. Pejzaże stanowiły rzadkość w dorobku Holendra – ten zaś przywiózł z Paryża Jean-Pierre Norblin, francuski artysta zatrudniony przez Izabellę Czartoryską w Puławach. Księżnej tak spodobał się „Krajobraz…”, że nakłoniła właściciela do sprzedaży.


A wracając do zbiorów Lanckorońskich – hrabiemu Karolowi zabrakło kolekcjonerskiego instynktu, gdy historyk sztuki Marian Sokołowski namawiał go na zakup przepięknej „Matki Boskiej adorującej Dzieciątko ze świętymi”. Wtedy, przed I wojną, Sokołowski odczytał umieszczoną w dole kompozycji sygnaturę Lorenza Lotto, jednego z największych talentów weneckiego renesansu, a mimo to hrabia się nie skusił. „Matkę Boską…” kupili więc do swej galerii w Dzikowie około 1820 roku Jan i Waleria Tarnowscy. Stamtąd kompozycja trafiła do zbiorów hrabiego Zygmunta Pusłowskiego, dziś zaś można ją podziwiać w krakowskiej Fundacji Książąt Czartoryskich.

Przy szachach i na koniu


W epoce baroku Sofonisba Anguissola uchodziła za osobliwość – malująca kobieta, też coś! W Polsce są dwa rarytasy jej pędzla – autoportret przy sztalugach (Muzeum – Zamek w Łańcucie) oraz „Gra w szachy”, obraz z 1555 roku z poznańskiej Galerii Raczyńskich. Ta druga praca przedstawia trzy siostry Sofonisby zajęte umysłową rozrywką – rzadkość ze względu na temat. Anastazy Raczyński kupił płótno w Paryżu od Lucjana Bonapartego, do którego „Gra…” trafiła w niezbyt szlachetny sposób – jako efekt napoleońskich grabieży.


Natomiast Stanisław Kostka Potocki zdobył portret pędzla Jacques’a-Louisa Davida, wybitnego francuskiego malarza, podczas podróży po Włoszech. Monumentalny konny portret 26-letniego Potockiego powstał podobno w nietypowych okolicznościach. Malarz miał uczestniczyć w polowaniu zorganizowanym przez króla Neapolu. Podczas postoju przyprowadzono ognistego rumaka, którego nikomu nie udawało się dosiąść. Dokonał tego nasz arystokrata, uprzednio zrzuciwszy okrycie wierzchnie. Artysta rzekomo uwiecznił ten popis brawury…


Prawda przedstawiała się mniej efektownie: wizerunek powstał wedle szkicu wykonanego z natury w ujeżdżalni w Neapolu, Potockiemu marzyła się bowiem podobizna „w stylu królewskim” – cała postać na koniu. Konterfekt wystawiono po raz pierwszy „na popisie sztuk pięknych” w Paryżu w 1781 roku. Szczęśliwie nie ucierpiał podczas wojen, dziś można go oglądać w Pałacu w Wilanowie.

Tekst: Monika Małkowska
Zdjęcia: wikipedia

reklama
reklama
reklama