W malarstwie liczy się intuicja – powiada Ewa Siemińska. – Czasem zastanawiam się, co ja namalowałam. Bo choć inspiracje czerpię z przyrody, na płótno trafiają wyśnione abstrakcje.

Kochajcie dziewczęta wróbelka, kochajcie do jasnej cholery – pisał Konstanty Ildefons Gałczyński. Wierszyk ten przyszedł mi na myśl, kiedy obejrzałem obrazy Ewy Siemińskiej. Bo wróble zajmują na nich poczesne miejsce. – To ptaki szczególne, nie trzeba podnosić wzroku, żeby je zobaczyć – twierdzi artystka. – Są na poziomie naszych oczu, zawsze wkoło. Ot, i cała tajemnica fascynacji nimi. No, może prawie cała. – Moja kotka Lola bardzo lubi wróble; ciągle się na nie gapi – śmieje się Ewa. – Siłą rzeczy ja też je polubiłam.

„Malowana ornitologia” to tylko jedno z zainteresowań malarki. – Fascynuje mnie raj jako ogród i jako idea – opowiada. Brzmi to strasznie poważnie, ale nie chodzi tu o wielką filozofię. Inspiracją może być gęstwa krzaków przy domu sąsiadów.

Obserwowane chaszcze i zarośla często tworzą zupełnie abstrakcyjne kompozycje. – To trochę jak z fizyką – żartuje artystka. – Kiedy nie wiadomo, czy jakiś proces jest dziełem przypadku czy wynikiem świadomego działania. Dla niektórych to znak, że rządzi nami ślepy los i że Boga nie ma. A ja uważam, że ta pozorna przypadkowość plątaniny gałęzi i liści to właśnie jest coś cudownego, godnego zapamiętania i przeniesienia na obraz.

Płótna Ewy Siemińskiej zdają się powstawać właśnie ze zderzenia tego, co przypadkowe, i tego, co zaplanowane. Jest w nich może nawet odrobina tej „fizyki” – poszukiwanie odpowiedzi na pytania o przyczyny i skutki. Ale przede wszystkim jest tu pozytywna energia i siła przyrody – zwykłych ptaków, krzaków, chwastów. – Przez wiele lat projektowałam ubrania – opowiada malarka. – Pewnego dnia znudziło mi się to i po prostu wróciłam do malowania. To dobrze, bo moda się zmienia, a pełne dobrej energii obrazy pozostają.


Tekst: Stanisław Gieżyński
Fotografie: archiwum artystki