Retro w nowym wydaniu – Marek Okrassa o malarstwie i inspiracjach latami 30.
ArtyściO malowaniu na żywo, nostalgii za latami 30. XX wieku i o tym, że każdy obraz ma swojego idealnego odbiorcę, opowiada malarz Marek Okrassa.
Z Markiem Okrassą, malarzem, rozmawia Stanisław Gieżyński
Spoglądam na pana obrazy i od razu wpadam w klimat szalonych lat trzydziestych.
Tego lata umówiłem się ze znajomymi z grupy rekonstrukcyjnej na malowanie w pałacu w Galinach. Świetne tło dla klimatu lat trzydziestych: park, oranżeria, stadnina koni. Oni mieli stroje z epoki, robili zdjęcia i kręcili filmy. Ustawialiśmy scenki, na przykład śniadania na trawie, a ja je malowałem na żywo, od razu na dużych formatach. W takich sytuacjach nie czuję, że cofamy się w czasie, raczej bawimy się pewnym stylem, używając elementów retro: strojów, samochodów... Nie wchodzę w buty dawnych malarzy.
A czemu akurat tamte czasy?
Lata trzydzieste to czas zmiany estetyki, rozkrok między tradycją XIX wieku i modernizmem. Dobrze to widać w plakacie, kiedy artyści obserwowali, jak zmienia się świat i musieli go pokazać w nowy sposób. Dziś jest podobnie. Sam jedną nogą jestem w szkolnych inspiracjach Lenicą czy Tomaszewskim, a drugą – w czasach nowych technologii, odejścia od papieru i druku. Próbuję dawną stylistykę ugryźć w nowy sposób, unowocześnić klasykę. Teraz właśnie robię serię plakatów przedstawiających uroki Sopotu i inspiruję się francuskim plakatem turystycznym sprzed stu lat. Ten styl jakoś najbardziej mi się podoba.
Te eleganckie wnętrza i piękni ludzie to rodzaj projekcji marzeń?
Raczej obraz różnorodnych inspiracji. Gdy podróżowałem w czasach studenckich, fascynowały mnie scenki przed hotelami. W Prado zobaczyłem obraz ze sceną na balkonie, który mi się bardzo spodobał. Nie mogłem go mieć, więc postanowiłem malować coś podobnego. Akcja dzieje się gdzieś na górze, jesteśmy od niej oddzieleni i widzimy skrawek pewnej sytuacji. Każdy może sobie stworzyć własny „film” na ten temat. Moim odbiorcom te obrazy często miło kojarzą się z ich podróżami i wyjazdami. Generalnie uważam, że każdy obraz, który namalowałem, jest dla jednego konkretnego widza. Oni się tylko muszą odnaleźć (śmiech).
A co z samochodami i samolotami? Jest pan fanem techniki?
Korzystam przy malowaniu z modeli samolotów i samochodów, ale nie jestem w tych sprawach specjalistą. To rekwizyty, kształty i barwne plamy. Pomagają mi zbudować obraz. Gdy maluję samych ludzi, kompozycja wydaje mi się często zbyt miękka, potrzeba jej solidnego kawałka metalu.
Wspominał pan, że najchętniej maluje na żywo. Co to oznacza?
Malarz potrzebuje ćwiczenia ręki, tak jak muzyk codziennej gry na instrumencie. Ja rysuję markerami na płótnie i tak powstają szkice do obrazów. Tworzenie z natury jest zawsze ciekawe i zaskakujące. Skupiam się na osobie, która pozuje: wyłapuję drobne szczegóły i grymasy. Mogę potem w kompozycji użyć postaci namalowanych z pamięci, ale w tych łapanych na żywo jest zawsze największy ładunek emocjonalny. Przyciągają wzrok. Teraz na przykład pracuję z modelką, która pozuje mi online. Ale mam nowy projekt: wychodzę na pole i maluję rośliny oraz owady w powiększeniu. Pomysł taki dürerowski.
Kontakt z artystą: @marekokrassaart, galeriaistota.com
Za pomoc w przygotowaniu tekstu dziękujemy Galerii Istota; ZDJĘCIA: zdjęcie Marka Okrassy Dorota Oza Karecka, Zdjęcia Obrazów dzięki uprzejmości galerii Istota
Przeczytaj też: Mity i tajemnice – urzekająca oszczędność formy w malarstwie Katarzyny Kudełki