#zostańwdomu czytaj e-wydanie - tylko 8,99 zł
reklama

Jan Młodożeniec: wróbel w multikolorze

Artyści

Swoim alter ego mianował wróbla. W ostatnich latach podpisywał się ksywką Jan Moineau. Po francusku Wróbel. Rysował schematyczną sylwetkę krągłego ptaszka.

Nawet nie patrząc na sygnaturę, wiadomo było, kto jest autorem: Jan Młodożeniec. Jego charakterystycznego stylu trudno nie poznać. Na pozór wydawał się dziecinnie łatwy: grube kluchy cudownie czystych kolorów, układające się w litero/znako/przedmioty. Mazane od niechcenia. Ułuda! To był rezultat wieloletnich ćwiczeń i rozmyślań nad kolejnymi wersjami: testowania barwnych gam, próbowania zestawów. Rzec można – dzieło Młodożeńca wynikało z genialnie przygotowanej improwizacji.

Warszawa, mon amour
Kochał to miasto. Warszawiak z urodzenia, zamieszkania, studiów (dyplom na ASP w pracowni Henryka Tomaszewskiego). Jedynie wojnę spędził u wujostwa w Lubuskiem. Jeśli wyjeżdżał, to na krótko. Wyjątek: wypady do Zakopanego. Jak większość twórców z jego pokolenia (urodził się dziesięć lat przed II wojną), nie opływał w luksusy. Dla podreperowania kasy zaczął pracować już na studiach. Pierwsze wydawnictwo, które zatrudniło żółtodzioba, to był Czytelnik.
Jan z pasją rzucił się w projektowy wir. „Setki szkiców, prób, poszukiwań, kilometry ręcznie pisanych liter. Zamówienie, termin, format, temat”. Trochę mu ten kierat doskwierał, lecz przydał się bardziej niż zajęcia akademickie. Zresztą, traktował okładki jako preludium do plakatowej twórczości. Przecież i w jednym, i w drugim chodzi o aluzję do treści, zamkniętą w lapidarnym znaku.
Jeśli dostał również zlecenie na ilustracje do książki, był uszczęśliwiony. Snuł wówczas własną historię, niejako na marginesie tej opowiedzianej słowami. Gdy wreszcie zaczął projektować plakaty, robił od kilku do kilkunastu wersji w formacie A4. Wszystkie gotowe do druku. Przeszedł na mniejsze szkice, kiedy podrożała tektura. Wtedy kupował kilkudziesięciostronicowe zeszyty i zamalowywał strona po stronie.

Poranny wróbel
Rodzinę założył wcześnie, bo w 1953 roku. Oczywiście poślubił artystkę. W złym czasie socrealizmu, kiedy, jak mówił, było biednie, szaro, ponuro. Magda, kobieta o charakterystycznej, pociągłej twarzy (vide – liczne portrety autorstwa J.M.) uwielbiała męża. Dla niego zostawiła karierę. Stworzyła dom, gotowała (dodam: kategoria mistrzowska). Dobrze sprawdzała się w roli matki dwóch synów, Piotra i Stanisława, także bardzo utalentowanych plastycznie. Państwo M. zamieszkali na Mokotowie. Pracownia artysty, z dużym oknem wychodzącym na ulicę, zawalona była prasą i książkami. A także zdjęciami wnuków, zwłaszcza tymi przysłanymi z USA (Stanisław wyemigrował do Nowego Jorku). Czytał nałogowo. Książki i chyba całą dostępną prasę: od dzienników po tabloidy. Znał też telewizyjny i radiowy program, ze wszystkich stacji. Kiedy znajdował na to czas? Otóż miał zasadę – pracował tylko przy świetle dziennym. Zrywał się o świcie, około 5 rano. Stawał przy stole i działał. A popołudniami chłonął wieści ze świata. Jedyna słabość Młodożeńca – skłonność do ładnych przedmiotów. Jak dziecko rzucał się z entuzjazmem na okazjonalne gadżety – długopisy, breloczki, notesiki.

Gonitwa za skrawkiem
W najbliższym otoczeniu nie lubił wizualnej konkurencji. Kiedyś dostał kalendarz z reprodukcjami dwunastu artystów. Powiesił go na stronie z własną, doklejając pod nią całoroczne kalendarium. – Wiem, że to okropne, ale sztuka innych artystów mnie rozprasza – tłumaczył. Pewnego razu Teresa Pągowska, wybitna malarka, przyniosła mu w imieninowym prezencie obraz. Bynajmniej nie sprawiła solenizantowi przyjemności. – Chyba zwariowała? Mało mam własnych prac? – utyskiwał na boku.

Trudny typ. Wieczny malkontent, nigdy nie wpadał w euforię twórczą, nie zachwycał się efektami pracy. Dlatego zaliczył szczególny rekord: liczba prac przygotowawczych do każdego projektu. Minimum kilkanaście szkiców; maksymalnie kilkaset! Co mu się nie podobało, wyrzucał. Nina Rozwadowska, szefowa Galerii Grafiki i Plakatu, z którą od początku współpracował i której zaprojektował logo, wspomina wyścigi z Młodożeńcem o… szkice. Kto pierwszy zdąży: autor zniszczyć czy pani marszand – ocalić. Wydzierała mu z ręki niezaaprobowane kompozycje i wystawiała na sprzedaż. Słusznie – te niedrogie, niewielkie obrazki szły jak woda. Podczas wernisaży swoich wystaw mistrz najchętniej ukryłby się w mysiej dziurze. Z męką wyduszał z siebie powitanie. Ale gdy proponowano mu milczenie, natychmiast zgłaszał chęć wystąpienia. To się nazywa przekora.

Drukarskie męki
Był jednym z tych, którym polska szkoła plakatu zawdzięczała światową renomę. Płodny: ponad czterysta plakatów, drugie tyle okładek i ilustracji książkowych. Ulubieniec publiczności, czego dowodem jest dziesięć laurów w konkursie na Najlepszy Plakat Warszawy. I dwa najważniejsze wieńce na jego łysą głowę – złoty medal na VIII Międzynarodowym Biennale Plakatu w Warszawie (1980 rok), trzy lata potem – Grand Prix na biennale w Lahti. Cieszył się mirem w graficznej międzynarodówce. Adorowali go zwłaszcza Japończycy. Yusaku Kamekura, jeden z tuzów japońskiego dizajnu, poświęcił mu cały numer pisma „Creation” (ekskluzywna edycja o światowych mistrzach grafiki użytkowej).

Na warszawskie biennale plakatów goście z Kraju Kwitnącej Wiśni przyjeżdżali tłumnie i zachwycali się kiepskim papierem, na którym drukowano prace. Dopytywali się, jak otrzymać taki szary, chropawy papier imitujący stary? Nie mogli pojąć, że w PRL-u innego nie było.
Ale, ale! Mimo technicznych niedostatków Młodożeniec nie odpuszczał. Zależało mu na ostrych, jaskrawych kolorach i takie uzyskiwał nie tylko na projektach, ale również w produkcji. Artysta ślęczał przy drukarzach, patrzył im na ręce, radził, pomagał, podlewał. Na projektach pana Jana uczono młodych, jak mieszać i zestawiać barwniki. Lubię kolor sam w sobie – podkreślał w czasach socjalistycznych. – Widzę jego sens w barwnej egzystencji na tle szarej ulicy.
Umiał zaprojektować wszystko. Zegarek, abażur, termometr. Reklamę dla firmy (Plum, stroje z lnu) i billboard (Endo, dziecięce ubranka). Nie wstydził się tych „niegodnych” zamówień.

Ucieczka w dym
Poznałam go późno. Średniego wzrostu, szczupły, o męskich rysach. Ulubiony strój – czarny golf. Włosów brak. Słów niewiele. Humor cierpki, ironiczny. W ustach lub w ręku – papieros. W grudniu minęła dziesiąta rocznica jego śmierci. Rak płuc, efekt wieloletniego karmienia się nikotyną. Druga używka, alkohol, też w nieskromnych dawkach. Trzecim dopalaczem były góry i białe szaleństwo. Zakopane. „Tam uciekam (odpoczywam)”, pisał w poetycko-telegraficznym stylu. „Po kilkudziesięciu latach prób zaczęła mi wychodzić jazda na nartach. Poznałem każdy milimetr Kasprowego Wierchu. Prało mnie na tej górze niemiłosiernie (upadki). Codziennie rano w Kuźnicach, przed wjazdem na górę, szef trasowych Józek (...) o pogodzie na Kasprowym, jednym słowem: kurzy. Wieje. Szklanka. Paprze. Mleko. Lampa. Lampa = słońce. Do 8 maja. Tak przez wiele lat”.

Zakażone geny
Pochodził z artystycznej rodziny. Matka Wanda Arlitewicz, malarka; ojciec Stanisław Młodożeniec, poeta, współtwórca rodzimej wersji futuryzmu. Zaprzyjaźniony z Brunonem Jasieńskim i innymi formistami. To oni, osiemdziesiąt lat przed blogami, odważyli się prowokować nieortograficzną pisownię, czego manifestem stał się „Nuż w bżuhu”. Dla Jana papa był autorytetem.

Artysta wychowywany w duchu anarchizmu, nigdy nie splamił się propagandowym dziełkiem, co w dobie PRL-u nie było łatwe. Przez jego twórczość nie przeleciał nawet gołąbek pokoju .
Jak większość grafików-projektantów po 1989 roku stracił państwowych zleceniodawców. Jego koledzy po fachu popadali w depresję, a on znalazł rozwiązanie: sam sobie dyktował zadania. Tak relacjonował ten zwrot w życiu: „W ostatnich latach dużo maluję. Szkice, próby, poszukiwania. Kwadratowo na okrągło. Naprawiam, poprawiam, wystawiam. Świadomie staram się malować rzeczy uśmiechnięte, gdzie kolor jest najważniejszy, a że to są ryby, ptaki, motyle, guziki, drobiazgi, panegiryki na cześć sztuki, to moja sprawa. Marzą mi się obrazy nieprzedstawiające. Sam kolor. (...). Wiele zawdzięczam obrazom Matki, wierszom Ojca, kochanej Magdzie, synom i wnukom”. W ten sposób pożegnał się z bliskimi i ze sztuką.

Tekst: Monika Małkowska
Fotografie: Galeria Grafiki i Plakatu, Forum 

reklama
reklama