Walizki i sztuka pakowania

Kolekcje

Choć od wynalezienia koła minęło jakieś sześć tysięcy lat, do walizki przyczepiono je ledwie pół wieku temu! Wcześniej tobołki i kufry trzeba było dźwigać.

Kiedyś nawet na krótką majówkę ludzie zabierali ze sobą pół domu, włącznie z pościelą i porcelaną. Dziś ruszamy w podróż dookoła świata jedynie z podręczną torbą i kartą kredytową.

Specjalność: pakowacz

Był rok 1854, gdy w Paryżu przy rue Neuve-des-Capucines, w okolicy znanej z zamożnych mieszkańców, otworzył podwoje nowy butik. Jego szyld głosił, że tu można „bezpiecznie zapakować najdelikatniejsze przedmioty”, a specjalność zakładu to „pakowanie ubiorów”. Właściciel nazywał się Louis Vuitton, był synem ubogiego cieśli z prowincji, postacią już znaną w paryskich kręgach. Zajmował się bowiem „najpiękniejszymi strojami” cesarzowej Eugenii, gdy żona Napoleona III ruszała w podróż.

Praca pakowacza cieszyła się dużym prestiżem. Rzemieślnik z pomocnikami projektował na wymiar kufry i skrzynie, robił je, a następnie nadzorował pakowanie dobytku właściciela – strojów i kapeluszy, książek i przyborów do pisania, bibelotów i zastawy stołowej. Sam Louis pakował na przykład osobistą porcelanę cesarzowej, a to wymagało dużych umiejętności i zaufania. Potem służący zabierali wszystko, ładowali na powóz, statek czy pociąg i voil∫! W drogę!

Pierwszy bagaż podręczny

Louis Vuitton zakładał firmę w czasach, gdy rodziła się masowa turystyka. Do połowy XIX wieku podróżowano głównie w interesach, wojaże dla przyjemności były przywilejem najbo- gatszych. Rozwój połączeń kolejowych i morskich sprawił, że podróż przestawała być luksusem. Egzotyka obcych krajów kusiła coraz więcej osób. W 1851 roku otwarto w londyńskim pałacu Kryształowym wielką wystawę. Wśród atrakcji był między innymi diament Koh-i-noor, rozpalający marzenia o dalekich wyprawach, czy specjalne łóżko-budzik, które zrzucało śpiącego o stosownej porze.

Wystawa trwała pół roku i odwiedziło ją sześć milionów ludzi. Przybywający z całej Europy goście rozkręcili turystykę. Musieli przecież gdzieś spać, coś jeść, chętnie wpadali też do muzeów. Wydawano przewodniki po mieście i sprzedawano specjalne bilety kolejowe dla cudzoziemców. Zaczynała się prawdziwa gorączka podróży.

Mimo postępu technicznego wojaże nie przebiegały gładko i szybko. Parowiec z Neapolu do Szanghaju płynął osiem tygodni, z Southampton do Nowego Jorku – tydzień. Wyprawa trwała długo, obfitowała w niespodziewane przypadki i niewygody. Czyli bez sporego bagażu ani rusz. Najpopularniejszym była skrzynia okrętowa o solidnej konstrukcji z drewna i krowiej skóry. Brzegi miała wzmacniane okuciami (przy większej fali ładunek ślizgał się po ładowni i, uderzając o ściany, mógł się rozlecieć), a wieko w kształcie kopuły, dzięki czemu na pokrywie nie zbierała się woda. Skrzynia była wytrzymała, ale straszliwie ciężka. Dźwigała ją cała armia bagażowych.

Nic zatem dziwnego, że bohater powieści Juliusza Verne’a „W 80 dni dookoła świata” rusza w drogę bez kufrów. Naka- zuje służącemu spakowanie torby „z dwoma koszulami i trzema parami pończoch”. Być może to pan Phileas Fogg był pionierem popularnego dziś podróżowania tylko z bagażem podręcznym!

Zanim powstała walizka

Juliusz Verne napisał swoją powieść w 1873 roku. Do tego czasu doszło już do pewnej bagażowej rewolucji. Wszystko za sprawą Louisa Vuittona. Na wystawie światowej w Paryżu pokazał Trianon – nowy, lekki bagaż. Zrobił go z bukowych listewek, na które naciągnął szare, impregnowane płótno, narożniki zaś wzmocnił okuciami. Sensacją okazała się zupełnie płaska pokrywa. Dzięki impregnacji nie przemiękała, a na dodatek teraz dało się układać jeden bagaż na drugim. Oszczędność miejsca była ogromna. Wynalazek Vuittona można uznać za pierwowzór walizki. Inni producenci szybko podchwycili nową modę.

Walizy najczęściej wyrabiano ze skóry (garbowanej, krowiej) naciągniętej na drewnianą ramę, zazwyczaj sosnową. Niekiedy używano też wikliny. Wnętrze wykładano materiałem lub wyprawioną skórką. Modele luksusowe robiono ze skóry krokodyla czy aligatora, czasem z rekina (nieraz fałszowano ją skórą płaszczek). Na większe kufry i skrzynie nadawała się ta ze słonia czy morsa, a strusiowa i wężowa zdobiły torebki. W cenie były również walizki kryte welinem – cienkim, białym cielęcym pergaminem.

Z czym na Everest?

W drugiej połowie XIX wieku powstały firmy specjalizu- jące się w wytwarzaniu walizek, kufrów i toreb. Paryski Herm¯s zaczynał od skórzanych uprzęży i siodeł, potem dołączył do oferty luksusowe bagaże. Walizy i kufry z pracowni Simona Tissota Duponta służyły cesarzowi Napoleonowi III i jego małżonce Eugenii. Firma Globe- -Trotter zaopatrzyła w bagaże polarnika Roberta Falcona Scotta i młodego Winstona Churchilla. Później z kufrem Globe-Trotter do pierwszego obozu pod Mount Everestem dotarł zdobywca tego szczytu Edmund Hillary, a królowa Elżbieta II spakowała się do niego, wyruszając w 1947 roku w podróż poślubną.

Oferta „bagażowych” producentów nie ograniczała się do kufrów i waliz. Podróżowanie wciąż zajmowało dużo czasu i w drogę zabierano spory dobytek. Stąd też sprzedawano pudła na kapelusze – bo niemal każdy nosił kapelusz – czy pokrowce na maszyny do pisania. Na pokład statku zabierano portmanteau, sporą skrzynię, która otwierała się jak szafa i ją przypominała. W środku było miejsce i na buty, i na wieszaki na ubrania, i na rzeczy złożone w kostkę.
Podróżnicy wybierający się w krótsze wojaże zabierali ze sobą gladstone bag – wynaleziony przez Anglika J.G. Bearda skórzany kuferek na metalowym stelażu, zamykany u góry na haczyk lub klamerkę. Dziś kojarzy się głównie z torbami noszonymi kiedyś przez lekarzy, ale nazwę swą zawdzięcza Williamowi Ewartowi Gladstone’owi. Ten brytyjski polityk bardzo dużo podróżował, a Beard był jego poplecznikiem. Podręczny bagaż pojawił się też w literaturze końca XIX wieku. Do takich toreb, wedle relacji autorów, pakował się Dorian Grey czy Sherlock Holmes.

Co nam dały stewardesy

Wielkie kufry i skrzynie poszły w odstawkę, gdy popularne stały się podróże samochodowe. Pierwsze automobile nie miały bagażników! Potrzebne były lekkie i wytrzymałe walizki, które doczepiano z tyłu pojazdu. Specjalizowała się w nich firma J.B. Brooks z Birgmingham, potentat na rynku skórzanych skrzyń, który walizki samochodowe sprzedawał pod marką Antler.
Dużym sukcesem okazały się te kryte sztuczną skórą zwaną rexine. Z kolei zakład Karla Baischa produkował walizy dopasowane do pojazdów Mercedes Benz. Dopiero od 1958 roku oficjalnym „walizkowym” producentem marki został Hepco.

W latach 20. ubiegłego wieku walizki były już wszechobecne. Te kryte cienką skórką ze złotymi okuciami cieszyły najbogatszych. Pozostali musieli się zadowolić przedmiotami z gorszych materiałów, nawet z tektury – swego czasu bardzo popularnymi, bo tanimi. Potem przyszła era tworzyw sztucznych, dzięki którym bagaż stał się lekki i wytrzymały.
Ostatnim wielkim „bagażowym” wynalazkiem było… koło. A konkretnie – możliwość ciągnięcia własnej walizki na kółkach. Podobne pomysły pojawiały się już wcześniej. Mąż królowej Wiktorii, Albert, dostał nawet od żony trzy złote medale za wynalazek pozwalający ciągnąć wielki kufer.

Jednak żadne rozwiązanie, które ułatwiłoby niesienie bagażu, się nie przyjęło i dopiero w 1970 roku stosowny patent otrzymał niejaki Bernard Sadow. Olśnienia doznał na lotnisku, czekając w kolejce do odprawy celnej. Obok niego robotnik przetaczał ciężary na platformie zaopatrzonej w kółka. W domu doczepił podobne do własnej walizki, dodał taśmę, za którą można było ją ciągnąć, i... potoczył się z tym wynalazkiem do wielkich domów towarowych.

Początkowo nikt nie był zainteresowany, a nagabywani do testowania sprzętu piloci linii lotniczych uznawali toczenie bagażu za niemęskie. Walizką na kołach zainteresowały się za to stewardesy i to one ją rozsławiły.

Jean-Pierre Bal: kolekcjoner, konserwator i miłośnik dawnych akcesoriów podróżnych

Moja przygoda ze staromodnymi bagażami zaczęła się od babcinego kufra Louis Vuitton. Dziesięć lat temu, po różnych zawirowaniach, udało mi się go odzyskać. To był początek kolekcji i prywatnego muzeum, które prowadzę w moim XVII-wiecznym wiejskim domu. Sam odnawiam eksponaty tradycyjnymi metodami rzemieślniczymi.

W ostatnich latach wzrosło zainteresowanie dawnym bagażem i skoczyły jego ceny. Dla mnie wartość materialna nie ma jednak takiego znaczenia jak historia kufrów i ich właścicieli. Mam jeden należący do rosyjskiego bolszewika, który wyjechał z kraju do Wiednia. Inny, ze znakomitej manufaktury Delveaux, był własnością pewnej hrabiny. Nosi ślady kul niemieckiego samolotu, który ostrzelał jej samochód, gdy uciekała ze swego zamku. W moim muzeum zebrałem około stu kufrów i kilkanaście walizek. Można je zobaczyć po uprzednim umówieniu wizyty na mojej stronie www.belmal.be.

Tekst: Staszek Gieżyński
Zdjęcia: 1stdibs.com, Aneta Tryczyńska, Jean-Pierre Bal, BE&W, Fotochannels, Getty Images, Shutterstock