Przypominają piankę na kawie lub komórki pod mikroskopem. Swoje tkaniny artystyczne Beata Warda tworzy... lutownicą
ProjektanciTkaniny artystyczne Beaty Wardy narodziły się z badań i eksperymentów. Są jedyne w swoim rodzaju...
Z Beatą Wardą rozmawiała Beata Majchrowska
Jest pani „tkaczką” niespotykaną, bo operuje… lutownicą.
Tak, wytapiam dziurki w naciągniętej na blejtram tkaninie, najczęściej poliestrowej, bo pięknie się topi. Naturalny materiał potraktowany w ten sposób pewnie tliłby się albo cały równomiernie spłonął. Tworzę i jednocześnie cały czas badam – ile może wytrzymać, jak wpływa na niego temperatura, ile jestem jeszcze w stanie tych dziurek zrobić, żeby zachował swoje właściwości i wciąż był nieprzerwaną siecią. Z eksperymentowania wyszła tkanina unikatowa, a sam pomysł zrodził się dopiero pięć lat po studiach.
Kończyła pani ASP?
Studiowałam wzornictwo na Politechnice Łódzkiej, a moja specjalizacja to architektura tekstyliów.
Brzmi intrygująco!
To kierunek, który łączy stronę techniczną tkanin, począwszy od budowy włókna, z kreacją. Od zawsze bardzo interesowały mnie te wszystkie działania w laboratoriach i eksperymentowanie z tekstyliami. Zresztą od dzieciństwa miałam kontakt z tkaninami. Wiele czasu spędzałam z babcią, która była szwaczką, bawiłam się skrawkami materiałów, robiłam z nich ubranka dla lalek i tak narodziła się miłość do tkaniny.
Przeczytaj też: Jej Światłość Balerina – rozmowa z właścicielką marki Lampala, Izabelą Klimkiewicz, która „rzeźbi” lampy z papieru
Dlaczego wybrała pani blejtramy w kształcie koła?
Koło kojarzy mi się z obserwacją, z lunetą, z mikroskopem. Ale to też dla mnie symbol przemiany – wszystko krąży, staje się czymś nowym – to samo dzieje się z moją tkaniną, bo już nie jest tym, czym była wcześniej. To także najbardziej organiczna z geometrycznych figur. Pierwszy cykl moich prac nazwałam Petri Dish, czyli naczynie Petriego przeznaczone do badań pod mikroskopem.
Chyba niełatwo tak perfekcyjnie naciągnąć tkaninę na okrągłą ramę?
Pomaga mi w tym Patryk – mój partner życiowy i czasem zawodowy. Tkanina musi być bardzo mocno naciągnięta, ponieważ przy wypalaniu zaczyna pracować, naprężenia zmniejszają się, całość zaczyna się marszczyć itp.
Do tego samo wypalanie dziurek to chyba piekielnie precyzyjna praca. Ile trwa tworzenie takiego dzieła?
Praca na kole o średnicy 120 cm zajmuje około dwóch tygodni.
A już myślałam, że wystarczy przysiąść w jeden wieczór z tą lutownicą...
Oj nie, robię to z matematyczną precyzją. Gdy tworzę, muszę być skoncentrowana, bo czasem ułamek sekundy przy wypalaniu ma znaczenie – robi się za duża dziurka albo dwie będą za blisko siebie i… połączą się, a wcale nie chcę, żeby oczko było większe. Kiedyś przypadkiem machnęłam lutownicą i powstawała dziurka w niechcianym miejscu. Mam też prace z podwójnymi tkaninami i efektem 3D, które wymagają jeszcze więcej zachodu.
Naciągnięta pończocha na tamborku – takie było moje pierwsze skojarzenie, kiedy zobaczyłam pani pracę.
Inni widzą dziury w serze, a jeszcze inni po prostu zachwycają się światłem, które przechodzi przez otworki.
Są też ludzie, którzy boją się dziurek. Nawet ma to swoją kliniczną nazwę – trypofobia.
Kiedyś na targach była dziewczyna, która na widok moich tkanin wykrzyknęła: „Ojej, jakie to jest okropne!”. A mnie to bardzo interesuje. Uwielbiam dopatrywać się piękna w czymś brzydkim i odwrotnie. Weźmy taką dziurę w rajstopach – robimy wszystko, żeby ją ukryć, pozbyć się jej. Takie małe coś, a jak zwraca uwagę.
To wręcz ujma na honorze kobiety!
Właśnie! Czasem ktoś przechodzi obok i grzecznie zwraca nam uwagę: „Oczko pani leci”. Sama zastanawiam się, dlaczego zwłaszcza my, kobiety, tak się ich boimy. I uciekamy przed nimi, podobnie jak przed niewygodnymi sprawami czy tematami. Dziurawiąc coś, staram się w tym pędzącym świecie zatrzymać.
Ma pani pomysł na jakiś nowy cykl?
Cały czas nad czymś pracuję. Ostatnio robiłam zdjęcia gotującej się zupy, bo zafascynowały mnie oczka tłuszczu pływające na jej powierzchni. Obserwowałam, jak tłuszcz się zmienia pod wpływem ciepła, podkręcałam i zmniejszałam płomień. Chcę te obserwacje przenieść na tkaninę.
Ciekawe, na pewno tłuszczyk będzie wyglądał zjawiskowo!
W planach mam też cykl prac na bazie… sukni ślubnych. Takie kreacje ma się na sobie tylko raz i często nie wiemy, co potem z nimi zrobić. A te wszystkie tiule i koronki to świetne pole do eksperymentów. Ostatnio zamówiłam w ciemno 5 kg sukien ślubnych. Przyszło gigantyczne pudło i już samo odpakowywanie takiego „kota w worku” było przygodą. Suknie ślubne to wielkie zagadnienie i temat długich rozmów. Chciałabym, żeby prace, które z nich powstaną, też były przyczynkiem do rozmaitych dyskusji. Czuję, że z tych falban wyjdą fantastyczne rzeczy i już się nie mogę doczekać naciągania na blejtramy i wypalania dziurek!
Kontakt do artystki: @beata_warda
Zdjęcia: Beata Warda, Hubert Zamojski
Zobacz też: Ręcznie malowane freski i parawany Joanny Talaśki to prawdziwe dzieła sztuki!