Dom wśród mokradeł przypomina mazurskie siedlisko. Deszcz pachnie tu jak peonie, a ptaki śpiewają od rana do wieczora.

Czasem warto w życiu zaryzykować – przekonuje Claire Clarke, właścicielka domu na przedmieściach Johannesburga. Właśnie rzuciła pracę w branży internetowej i zajęła się dekoracją wnętrz. Wszystko za sprawą sporego kawałka ziemi wśród mokradeł oraz przyjaciółki z Polski. Claire wraz z mężem od dawna planowali przeprowadzkę z tętniącego życiem miasta. Jeździli po przedmieściach Johannesburga, kolekcjonowali wycinki z wnętrzarskich magazynów i w myślach planowali nowy dom.

Gdy trafili w dzikie okolice Beaulieu, wiedzieli, że to jest to. Już mieli zlecić zaprojektowanie domu architektowi, gdy przyjaciółka, Bianca Shakinovsky, namówiła Claire, by sama spróbowała się z tym zadaniem zmierzyć. Obiecała pomoc, bo ma firmę urządzającą rezydencje. – I tak z komputerowca stałam się projektantem – śmieje się. Dom na rozlewiskach był jej pierwszym dziełem. Od tego czasu pracuje razem z Bianką.

Claire inspirowała się południowoafrykańskimi kolonialnymi domami. Ważna była przestrzeń, więc siedlisko jest duże. – Dziś myślę, że za duże jak dla dwóch osób i paru psów – przyznaje. Ale w inny sposób nie udałoby się osiągnąć wrażenia przestrzeni i płynnego łączenia się ze sobą kolejnych pokoi, gdzie obszerna kuchnia przechodzi w jadalnię, ta z kolei w salon, a na końcu jest ogromna, zadaszona weranda. Efekt „otwarcia na świat” dają też wysokie okna i drzwi, przez które wychodzi się wprost na zieloną trawę.

– Dla kolonialnego domu naturalnym byłby wystrój rustykalny – mówi Claire. – Nie jestem jednak miłośniczką tego stylu, mam wrażenie, że zagraca przestrzeń. U niej wszystko jest poukładane, zaplanowane. Meble zostały dobrane tak, by idealnie pasowały rozmiarem do dużego wnętrza. – Wszystko jest kwestią proporcji – uważa pani domu, i wskazuje ogromny stół w jadalni zrobiony na zamówienie ze starych desek podłogowych. By nie zagracić pokoi, lokalni rzemieślnicy każdą możliwą wnękę zabudowali szafami i schowkami.

– Osiągnęłam efekt niewymuszonej elegancji i czuję się tu znakomicie – mówi Claire. Uwielbia siadać przed domem, słuchać śpiewu ptaków i czuć zapach peonii oraz letniego deszczu, i co najważniejsze ma pewność, że tego świętego spokoju nikt jej nie odbierze. Bo w okolicy nic zbudować się więcej nie da.


Tekst: Tess Paterson/Inside/East News
Tłumaczenie: Stanisław Gieżyński
Fotografie: Elsa Young/Inside/East News