Klasyka otulona mgiełką szarości i bieli, a do tego mnóstwo zabawnych pomysłów, jak sanki w roli szafki, koza jako barek czy odciśnięte na płótnie stopy synka.
 

Tatiana, Andrzej i ich synek Bruno mieszkali w samym centrum Warszawy, w starej kamienicy przy ulicy Poznańskiej. Byłoby fantastycznie, gdyby nie czwarte piętro. – Z jednym dzieckiem jeszcze dawałam radę, ale z dwójką nie wdrapałabym się tak wysoko – opowiada Tatiana. Dlatego zaczęła nalegać na przeprowadzkę. Najchętniej na prawy brzeg Wisły, do Radości, gdzie mieszkali dziadkowie. Ale los płata figle i rodzina trafiła do Wawra. Wybrali osiedle szeregowców zbudowanych na wzór Kolonii Łaskiego na Saskiej Kępie. – Wolałam dom wolno stojący i chciałam mieć więcej prywatności, ale nie było czasu na szukanie – opowiada. Wątpliwości zniknęły, kiedy okazało się, że sąsiedzi mają dzieci w tym samym wieku.
 

Dom był przestronny. Do dyspozycji mieli trzy poziomy i ponad dwieście metrów. Nawet nie musieli specjalnie przestawiać ścian. Na piętrze zrezygnowali z jednej łazienki, aby doświetlić parter, powiększyli pokoje dzieci. Delikatnym przeszkleniem oddzielili kuchnię od salonu. Przenieśli też łazienkę dla gości i zrobili solidną szafę przy wejściu.

reklama


 

Urządzaniem zajęła się Tatiana. – Z wykształcenia jestem architektem krajobrazu, ale zawsze wolałam wnętrza – wyznaje. Zresztą ich pierwsze mieszkanie w kamienicy też urządziła sama. Było klimatyczne – w amfiladzie, wysokie na trzy metry. Przedwojenne podłogi, ogromne okna i cudowne, oryginalne, drewniane dwuskrzydłowe drzwi. Wybrała do niego ciemne, mocne kolory – łazienkę w czerni, turkusie i bieli, ciemne meble i jasnoszarą kuchnię z malinową ścianą.
 

W nowym domu miało być kompletnie inaczej. – Lubię styl skandynawski i postanowiłam iść w tym kierunku – wyjaśnia. Wybrała więc na podłogi olejowane na biało dębowe deski – w salonie tworzące wielką jodełkę, w sypialniach ułożone już po bożemu. Do tego trochę szarości – na drzwiach, kuchennych żyrandolach, szklano-metalowej ścianie, dziecięcych meblach, lustrze w łazience. Białe są ściany albo zaprojektowane przez Tatianę kanapy – proste, bez oparć, obite szlachetnym lnem.
 

W domu pojawiły się też akcenty przywołujące klimat dawnej Warszawy, jak salonowy kominek zrobiony ze starych stopni schodów i cegły. Do przedwojennych czasów nawiązują także pięciokątne płytki w kuchni i biało-czarne w łazience dla gości. Schody na piętro też mogłyby zdobić jakąś dawną elegancką kamienicę. Są wyłożone piaskowcem i mają zrobioną na zamówienie żeliwną balustradę. Z żeliwa są także nóżki do stołu w jadalni. Zaprzyjaźniony stolarz dorobił do nich gruby drewniany blat.
 

Meble zbierali latami. Oczywiście na warszawskim Kole, ale też podczas podróży po Polsce. – W pierwszą niedzielę maja bywaliśmy na targu staroci w Świdnicy, przy okazji zawsze spacerowaliśmy po prześlicznym ryneczku. W ostatni weekend września odwiedzaliśmy Jelenią Górę – Tatiana zdradza tajniki poszukiwacza skarbów. Z tych dolnośląskich wypraw przywieźli krzesła, zabytkową kozę, która idealnie sprawdza się jako barek, i nogi do stolika zrobione z podstawy jakiejś maszyny przemysłowej.
 

We wnętrzach znajdziemy też wiele zabawnych pomysłów. Chociażby obraz w jadalni. – Potrzebowałam czegoś na ścianę, więc namalowałam psa, obok którego na płótnie odciśnięte są stopy mojego synka – śmieje się Tatiana. Pokazuje także masywny, żeliwny żyrandol ze współczesnymi kloszami. – Zwykle nie wiszą równo, ale odświeżają jego charakter – wyjaśnia projektantka. W nietypowej roli występuje też gzyms starego pieca. Pomalowany olejną farbą zdobi ścianę w sypialni. Długa komoda w pokoju dzieci nawiązuje do dawnych szkolnych mebli zamykanych na drewniane skoble. Półka nad nią wypatrzona w IKEA specjalnie dla plastikowego psa. Zabawne są też figury z „Gwiezdnych wojen” i rodzinne zdjęcia. To pamiątka po czasach, kiedy kolekcjonowali rzeczy związane z filmem.
 

Tatiana ma w planach nowy dom. Przyznaje, że trochę znudziły się jej szarości, bo teraz wszyscy stawiają na ten kolor. Tym razem chce, by było minimalistycznie i surowo. Ze starego mieszkania zabierze jedynie szafę, bo tylko ona pasuje do nowej koncepcji. Kiedyś wybierała rzeczy, które jej się podobały i potem do nich dopasowywała wnętrza. – Tym razem zrobię wszystko inaczej. Pomysł mam już w głowie i wiem, czego potrzebuję. Na przykład trzymetrowej komody do salonu... – i tu zaczyna długą opowieść o nowym miejscu. Czy będzie niezwykłe? Zobaczymy. Tatiana już nas zaprasza.
 

Dekoratorka wnętrz i architektka krajobrazu: Tatiana Michałowska-Szope
Przywiązuje ogromną wagę do detali, często sama projektuje meble, aby idealnie pasowały. Umiejętnie łączy tradycję ze świeżym spojrzeniem, często dla przedmiotów znajduje nowe zastosowania. Wykorzystuje siłę kolorów, czasem niewinny pasek „robi” całą ścianę. Z wykształcenia jest architektem krajobrazu, więc urządzi także ogród.
Tekst: Beata Woźniak
Zdjęcia: Rafał Lipski
Stylizacja: Agata de Virion