Małgosia i Marek zakochali się w nastrojowych rezydencjach winiarzy we Włoszech i Francji. Podobny dom postanowili stworzyć w okolicach Płocka. Prosty, sielski, subtelnie elegancki. Okazał się rajem dla rodziny i przyjaciół.
 

Architektury nie wybierali. Rozłożysty budynek kryty trzciną, budzący zdumienie wszystkich zainteresowanych jego kupnem, spodobał się Markowi od pierwszego wejrzenia. Była w nim odrobina tajemnicy, która zawsze fascynowała go w posiadłościach winiarzy. Małgosię urzekł rozległy ogród – od razu puściła wodze fantazji: tu posadzi hortensje, a tam magnolie. Na spacer z mężem wystroi się w romantyczną, zwiewną sukienkę, a on włoży słomiany kapelusz. I będzie pięknie. Blisko dwuhektarową posiadłość nabyli bez cienia wątpliwości. Zaraz potem zaczęli się rozglądać za architektem, który odmieniłby ponure wnętrza rezydencji. Wybór padł na Wojciecha Rutkowskiego z Sopotu, który przez 20 lat pracował w Nowym Jorku, u boku Thomasa Britta, jednego z najbardziej cenionych projektantów na świecie, geniusza w łączeniu różnych stylów w jednej przestrzeni. – Wojtek, bo szybko się zaprzyjaźniliśmy – wspomina Marek – ujął nas tym, że potrafił słuchać. W lot zrozumiał, o jaką atmosferę w domu nam chodzi. Odgadywał nawet to, czego nie umieliśmy ubrać w słowa. Pracowaliśmy razem przez rok i była to prawdziwa przyjemność. Wojtek pewną ręką i z fantazją rozrysowywał zmiany we wnętrzach, a ja z własną ekipą budowlaną wprowadzałem je w życie. Mobilizowaliśmy się nawzajem. Nikt nie wierzył, że ten ogrom prac, które były przed nami, uda się wykonać w rok, a jednak daliśmy radę.


reklama


 

Połączyła ich pasja i przygoda. Gospodarze byli pod wrażeniem licznych kontaktów Wojtka z dostawcami mebli i dekoracji. Przyjeżdżały one do nich z najodleglejszych zakątków świata i z każdą kolejną dostawą coraz bardziej tęsknili do chwili, w której dom będzie gotowy. Kiedy usiądą na kanapach, zaproszą przyjaciół, wypiją razem wino, pogadają. I gdy wreszcie to nastąpiło, byli szczęśliwi, bo wszyscy mieli wrażenie, że znaleźli się w wielopokoleniowym domu z bogatą historią i tradycjami. Dokładnie tak, jak zaprojektowali to sobie w marzeniach.
 

Dziś, po kilku latach od ukończenia remontu, nadal cieszą się tą rezydencją jak pierwszego dnia. Przekraczając bramę posesji, mają wrażenie, że przenoszą się do zupełnie innego świata, pełnego harmonii, w którym tak łatwo wyciszyć się, wziąć głęboki oddech, pielęgnować rodzinne relacje. Lubią koloryt wnętrz, całe mnóstwo dekoracyjnych przedmiotów, mieszaninę stylów w imię przytulności. Ostatnio nawet doszli do wniosku, że gdyby nie mieli tego „wspierającego domu”, trudniej byłoby im zmagać się z prozą codziennego życia, z problemami. Może i kontakt z wnuczką byłby inny. Amelka uwielbia to miejsce, wpada tu każdego dnia po lekcjach. Ma swój pokój, a w nim książki i zabawki, łóżko jak dla księżniczki, z kolorowym baldachimem. Ale i tak najchętniej spędza czas w ogrodzie, biegając z ukochanym berneńczykiem i dwoma przygarniętymi kundelkami. Wspólnie z dziadkiem ratują pisklęta wypadające w czasie wylęgu z gniazd i jeża zwiniętego w kulkę ze strachu przed sforą psów. Pewnie trudniej byłoby uwrażliwić dziecko na przyrodę, zaszczepić miłość do zwierząt, gdyby nie ten raj na ziemi.
 

Co jeszcze zawdzięczają temu miejscu? Pasje, które mogli rozwinąć; Małgosię wciągnęło ogrodnictwo i florystyka. Cudowne bukiety na zdjęciach to właśnie jej dzieło. I nie jest to okazjonalny popis na potrzeby sesji - od wiosny Małgosia stale upiększa wnętrza roślinami zebranymi w ogrodzie, kupionymi na targu. Zadbany ogród to także jej duma. Marek kolekcjonuje wina; przechowuje kosztowne butelki po królewsku, w specjalnej piwniczce, która spełnia wszelkie stawiane winnym piwnicom wymogi. Są tam m.in. świetne roczniki Petrusa, najsłynniejszego trunku świata, symbolu luksusu, władzy, przynależności do elity. I jedna wyjątkowa butelka na okazję wielkiego bilansu życiowego. Zapowiada się całkiem nieźle...

Tekst: Małgorzata Tomczyk
Zdjęcia: Budzik Studio