Jeśli Agnieszce coś wpadnie w oko, jest gotowa na wszystko. Wyciągnie antykwariusza z łóżka albo pokona tysiące kilometrów. Zwłaszcza gdy chodzi o... cebulaka.
 


Nie potrafi wyjaśnić, jak dobiera rzeczy. – To impuls. Po prostu czuję, że muszę to mieć – mówi Agnieszka. Tak było na przykład ze szklaną ważką. Zwiedzali wtedy Sydney. – Patrzę, a na wystawie jakiejś galerii wisi ona. Łapię za klamkę, zamknięte. Na drzwiach kartka: „Dziś są moje urodziny, sklep nieczynny”. Ale ja się uparłam. Wróciliśmy następnego dnia, znowu zamknięte, a na kartce tym razem numer telefonu. Zadzwoniłam i jeszcze zaspaną właścicielkę ściągnęłam na miejsce.


Kilka lat później w Paryżu upatrzyli sobie lustro. – Okazało się, że akurat tego sprzedać nie mogą. Już nie pamiętam dlaczego. Ale powiedzieli, że podobne znajdziemy tu i tu. Odsyłano nas od sklepu do sklepu, zjechaliśmy pół Paryża. W końcu jednak dopięliśmy swego – śmieje się Agnieszka.

reklama



Zegar? – Najpierw odpuściliśmy, bo był za drogi. Zresztą nazajutrz lecieliśmy na Teneryfę, więc nie było czasu na zakupy. Po kilku dniach zadzwoniłam jednak do rodziców, żeby koniecznie podjechali do antykwariatu. Bałam się, że ktoś go nam sprzątnie sprzed nosa.

Cebula i kobalt

– Mój dziadek był architektem, babcia uczyła w szkole baletowej. Lubili starocie: on kupował meble, ona urocze cacuszka. Od dziecka dostawałam na urodziny coś z ich kolekcji: filiżankę, figurkę, wazonik. Długo buntowałam się przeciw tej tradycji. Aż któregoś razu, gdy byłam już na studiach, babcia wręczyła mi trzy jajeczniki z Miśni. Patrzyłam na kobaltowy cebulak i, choć dotąd niebieskiego nie lubiłam, złapałam bakcyla.

Dzisiaj Agnieszka ma w zbiorach ponad 80 deseczek z wzorem cebulowym i jeszcze więcej filiżanek. Nie traktuje ich jak lokaty, kupuje to, co się jej podoba, bez względu na wartość – na starociach w Gdańsku, Olsztynie, w krakowskich antykwariatach, w zagranicznych galeriach.

– Z myślą o tej kolekcji powstał nasz dom, oczywiście niebieski – tłumaczy Agnieszka. Pod kolor zrobili ściany i przecierane szafki w kuchni. Niebieski jest też kominek. – Kiedyś dostaliśmy od rodziców cztery kafle z Tunezji. Pomyśleliśmy, że ładnie wyglądałyby przy palenisku, ale było ich za mało. Tak długo szukaliśmy po całym Tunisie, aż wreszcie znaleźliśmy takie, które pasują – opowiada Agnieszka.

Do tego fioletowe akcenty: komoda z IKEA i podesty schodów. Wszędobylskie weneckie lustra i lampy – każda inna, bo jest i kultowa Midsummer od Torda Boontjego, i prosta, szklana z Habitatu, i klasyczny kryształowy żyrandol. – Po latach dzieci miały tego koloru serdecznie dość – śmieje się Agnieszka. – Córka Marta, architekt, domy urządza tylko w szarościach. Młodsze, Zofia i Helena, zażądały białych pokoi.

 

> Porcelana w słynny cebulowy wzór: jak szukać oryginałów

Goście w sypialni

Dom zbudowali 19 lat temu. Sprzedali mieszkanie, meble wstawili do garażu teściów, dzieci wysłali na wakacje i zakasali rękawy – musieli zdążyć do rozwiązania, bo Agnieszka była w kolejnej ciąży. – Oczywiście nie zdążyliśmy. Kuchnię jeszcze długo miałam w salonie, bez gazu, a na karku sześciu górali, którzy właśnie zabrali się do malowania. Uznałam, że noworodek nie powinien wdychać farby, więc my zamieszkaliśmy w przyczepie w ogrodzie, a górale w naszej sypialni. – Teraz znów planujemy remont, bo dzieci wypuściliśmy w świat i trzeba coś w domu poprzestawiać. Na razie wyszło trochę nietypowo: do naszej sypialni wchodzi się przez pokój kąpielowy. Ale jesteśmy zaprawieni w boju, gorzej niż wtedy chyba nie będzie.

 

> Szablony do malowania: wybierz wzór i wydrukuj

Tekst: Monika Utnik-Strugała
Stylizacja: Agata de Virion
Zdjęcia: Rafał Lipski