reklama

Drewniany dworek na Mazowszu

Rustykalne

Jak znaleźć swoje miejsce na ziemi? Poszukać pola, urządzić na nim ogród i zbudować drewniany dworek. A potem jadać kolacje na werandzie przy zachodzącym słońcu.

Cieciszew koło Konstancina to zwyczajna mazowiecka wieś, za to z sześćsetletnią tradycją. Wymarzona okolica dla wszystkich, którzy cenią spokój i krajobrazy jak z płócien Józefa Chełmońskiego. Beata z rodziną kilkanaście lat temu znalazła tutaj idealne miejsce na dom. Nic dziwnego, że najbardziej lubią werandę. Gdyby mogli, spędzaliby na niej okrągły rok.

– Przesiadujemy tu nawet jesienią, gdy pada deszcz. Możemy godzinami patrzeć na ogród, bo urok naszego domu polega na tym, że jest zatopiony w zieleni. Z każdego okna widzę drzewa, kwiaty, krzewy, które co chwila zaskakują zmieniającymi się kolorami i kształtami – mówi Beata. – A cień czereśni w upalne dni sprawdza się lepiej niż parasol – dodaje. Ogród urządziła tak, by Dominika i mały Wojtuś nie musieli się przejmować, że zniszczą ulubione klomby mamy. Chodzenie po drzewach czy jazda na rowerze też nie są zabronione.

Dom zbudowali w czasach, kiedy niewiele było ciekawych sklepów – głównie IKEA i kilka nieśmiało wyrastających składów z meblami kolonialnymi. Ale Beata świetnie dała sobie radę. Nic dziwnego – kiedyś była właścicielką sieci sklepów wnętrzarskich „Cafe Decor”, a dziś prowadzi u siebie w Cieciszewie weekendowe warsztaty dekoratorskie.

O swoim domu mówi, że jest w stylu wiejsko-szwedzko-francusko-angielskim, a wszystko opiera się tu na pomyśle. Sama zaprojektowała kuchnię – z murowanymi szafkami, obudowanymi glazurą, drewnianymi, bielonymi drzwiczkami i ogromnym dębowym stołem, też z murowanymi nogami. Kilka wnęk z półkami. Rattan, drewno.

Spokojne kolory – kremy i brązy – uzupełnione gdzieniegdzie czerwienią. Na tak neutralnym tle żadne wzory się nie gryzą – paski, kwiaty czy orientalny deseń. Nowoczesne rzeczy pomieszane ze starymi – wyciskacz do cytrusów Starcka obok srebrnych kandelabrów, a kopie chińskich antycznych waz obok pamiątkowego rodzinnego zegara, który przechowuje już trzecie pokolenie. I dużo drobiazgów z podróży przypominających o miłych chwilach i oswajających dom.

Jak choćby zdjęcie z koncertu Woody’ego Allena w Hotelu Carlyle w Nowym Jorku, na który udało im się wejść bez biletów. Beata była tak zdeterminowana i przekonująca, że dostali w końcu ostatni wolny stolik. Od tej pory znajomi sobie żartują, że nie ma dla niej rzeczy niemożliwych.

Rzeczą świętą dla rodziny jest kolacja. Nawet jeśli dzień był długi i męczący – rodzice wracają z pracy, Dominika z lekcji jazdy konnej – wieczorem obowiązkowo jedzą razem. Wtedy Beata robi chociaż szybki stek i podaje go z sałatą. Stół pięknie nakryty, kwiaty w wazonie i zachodzące słońce. Tak spełniają się marzenia.


Tekst i stylizacja: Olga Ewertyńska
Fotografie: Aleksander Rutkowski
Kontakt z dekoratorką Beatą Michalak: www.studiodeccor.pl

reklama
reklama