Gdyby nie ludzie z pasją – jak pani Beata i jej mąż – świat byłby nudny. Mogli kupić wystrzałową willę, a uratowali trzystuletni dwór.

Dom z podróży

Podróże Beaty i jej męża od wielu lat wyglądały podobnie. Od miasteczka do miasteczka, od wsi do wsi. Od jednego zdewastowanego dworku do drugiego. Raz zjawiali się za późno i z budynku zostawały jedynie fundamenty (tam swoje robił czas), innym razem straszył szkielet domu ogołocony ze wszystkiego, co się dało (tu przysłużyli się ludzie). Wreszcie trafili w nowosądeckie i zobaczyli dom połyskujący z daleka w słońcu. Okazało się, że gospodarze, którzy po latach odzyskali swoją własność, nie mieli pieniędzy na naprawy i uszkodzone dachówki zastępowali kawałkami szkła. Stąd to czarodziejskie migotanie, które urzekło Beatę.

Zabytkowy dwór do remontu

Zabytkowy dwór został wybudowany w 1795 roku i do czasów II wojny światowej należał do rodziny Brezów (bywał tu często pisarz i dyplomata Tadeusz Breza). W czasie wojny w posiadłości rozpanoszyli się niemieccy żołnierze, a potem dwór przejęło państwo. Zamienił się w ruinę ogołoconą ze wszystkiego, co dało się ukraść. Nowych właścicieli czekał potężny remont i to pod okiem konserwatora. Doglądali wszystkiego z doskoku, latając awionetką między Warszawą a Nowym Sączem. Kiedy już wzmocniono fundamenty, położono nowe dachówki, wstawiono skrzynkowe okna, a dziki strych zamieniono na poddasze z sypialniami, można było pomyśleć o urządzeniu.

Nowy jak stary

Wnętrza to dzieło Beaty. Dom wygląda, jakby był meblowany od pokoleń. – Ale tak naprawdę mało tu oryginalnych rzeczy. Miałam nadzieję, że znajdę coś na strychu. Natknęłam się jednak tylko na kilka książek pisanych gotykiem i sztućce ze swastyką – to pewnie pamiątka po Niemcach – wspomina właścicielka. – Zaczęłam gromadzić przedmioty i wtedy pojawił się problem: w ogromnych przestrzeniach każdy mebel czy figurka po prostu znikały.

Dom urządzony tanio i niebanalnie

Szczęśliwym trafem przyjaciółka po dwudziestu latach spędzonych w Stanach Zjednoczonych przeprowadzała się do Polski i likwidowała dom na Long Island. Pani Beata pomagała w pakowaniu – była w swoim żywiole. Uwielbia szperać na pchlich targach, w lumpeksach, antykwariatach. Nie przepuściła żadnej garażowej wyprzedaży. – Wybierałam rzeczy tanie, niebanalne i duże: jeśli świecznik, to wielki, jeśli wazon, to ogromny. Lubię adrenalinę podczas takich zakupów – opowiada z zapałem. – Kiedyś na targu staroci w Belgii polowałam na fajne meble. Pogoda obrzydliwa – zimno, deszcz. Zmarzłam, więc kupiłam futro za dwadzieścia euro i, żeby nie potłukło się lustro, które wynalazłam, dywan za pięć. Gdy go rozwinęłam w domu, okazało się, że to piękny wełniany kobierzec.

Ogród: park ze starymi drzewami

Drugą pasją pani Beaty jest ogród. W parku rośnie ze trzydzieści pomników przyrody – dęby, lipy. Ale jej dumą jest warzywnik. Oprócz zwykłych buraków czy pomidorów uprawia jarmuż i karczochy. W zeszłym roku musiała z córką Julią postawić stracha na wróble, a właściwie na sarny, bo obgryzały pączki róż na krzakach przy wejściu do ogrodu. – Za to zające wolą mój groszek pachnący – śmieje się.

Tekst: Małgorzata Czyńska
Stylizacja: Basia Dereń-Marzec
Fotografie: Cezary Hładki