werandacountry.pl werandaweekend.pl
reklama

W świetnej formie

Domy i Mieszkania

Co by było, gdyby do swojej posiadłości zajrzeli purytanie, którzy mieszkali tu 230 lat temu? Na widok domu pewnie by się wzruszyli, na widok wnętrz - mocno zdziwili.

Dla Hillmanów każdy weekend jest identyczny, ale nigdy nudny - wskakują do samochodu i pędzą do Bedford. To urokliwe, zatopione w lasach miasteczko leży godzinę jazdy od Nowego Jorku. Tam ich córka złapała bakcyla jazdy konnej. Do tego stopnia, że w pewnym momencie padło hasło: „Muszę mieć własnego konia”, które można było przetłumaczyć tylko tak: szukamy teraz domu ze stajnią albo budynkiem, który da się na stajnię przerobić.  Jedno tylko mieli z głowy – miejsce, bo cała familia nie miała cienia wątpliwości, że musi to być urokliwe Bedford.

Miasteczko, które skradło ich serce, ma długie i mocne korzenie Sięgają XVII wieku, kiedy to 22 purytanów z Connecticut odkupiło od wodza plemienia Ramapo trzy mile kwadratowe ziemi w zamian za parę wełnianych koców, ubrań i wisiorków. W Bedford jest wciąż kilka domów w stylu kolonialnym, których Anglicy nie puścili z dymem podczas wojny o niepodległość Ameryki w latach 70. XVIII wieku. Hellmanowie mieli szczęście kupić jeden z nich razem z przepięknym pagórkowatym terenem i przyległościami. To prawdziwa wiejska rezydencja z epoki niepodległości.

GUSTAW INSPIRATOR

Remont zajął nowym właścicielom aż dwa lata, bo Julie, znana projektantka, chciała sporo w domu pozmieniać, a jednocześnie zachować jego unikatowy charakter. Innymi słowy, dużo było gimnastyki. Wyburzenie ścian, przeniesienie głównego wejścia (pierwotne musiało wychodzić na drogę), dołożenie tarasu oraz kominków do wszystkich sypialni i przestrzeni wspólnych.
W urządzaniu wnętrz Julie nie jest niewolnicą stylów ani purystką. Często zdarza się, że zamiast dumać nad stołem kreślarskim, po prostu idzie do antykwariusza albo na bazarek. Węszy, rozgląda się. I jak wpadnie jej w ręce jakaś niezwykła rzecz, to od niej zaczyna myśleć o wnętrzu. Wokół tego mebla, rzeźby czy jakiejś patery zaczyna budować resztę. – Mój styl bazuje na napięciu między różnymi epokami i na interesujących formach. Tyle że w przypadku własnego domu chciałam, żeby to napięcie było subtelne - uśmiecha się. Jako bazę wybrała styl gustawiański, czyli XVIII-wieczną Skandynawię. To styl, który narodził się w Szwecji po wizycie króla Gustawa III we Francji. Władca zachwycił się Ludwikami: XV i XVI i zapragnął zaszczepić na swoim terenie dokonania późnego rokoka i klasycyzmu, nieco łagodząc ich nadmierne złocenia i rzeźbienia. To jakby Wersal nieco utemperowany, pozbawiony frywolności i demonstracyjności.

PAŁAC, CHATA I DIZAJN

Julie zdobyła kilka mebli w stylu gustawiańskim (np. krzesła w jadalni, tej osobnej, z marmurowym stołem), ale bardziej chodziło jej o gustawiańskiego ducha - subtelność dawkowania rzeczy stylowych i dekoracyjnych, północną kolorystykę i białe tła. Świetnie udało jej się włączyć w to dizajn i sztukę współczesną, co niemal modelowo pokazuje w salonie. Na dywanie z koziej skóry znalazły się zarówno stare szwedzkie fotele, jak i organiczna półokrągła sofa Vladimira Kagana, przyświeca temu włoska lampa, a z rogu „patrzy” na to wszystko olbrzymia prymitywna rzeźba.
W kuchni też zobaczymy udany miks - trochę pałacu (kominek, marmurowe blaty, zjawiskowy okap) i trochę chaty (ława na krzyżakach, biskwitowe naczynia, podłoga wyłożona cegiełkami), a do tego stołki jak z włoskiego baru. Czy coś zgrzyta? Nic nie zgrzyta – wnętrze jest żywe, ciekawe i wcale nie takie znowu ekstrawaganckie.
W każdym pomieszczeniu jest coś niezwykłego, od czego nie sposób oderwać oczu. W jadalni to lampa złożona z kilkudziesięciu szklanych bombek - istna rzeźba. Wydaje się, że to specjalnie dla niej powieszono na ścianie monochromatyczny kobaltowy obraz, bo na jego tle o wiele lepiej wygląda. W łazience, urządzonej w stylu angielskim, zachwyca z kolei uplecione ze sznurka krzesło, które kojarzyć się może z jakimś etnicznym rzemiosłem. Ale autorem mebla jest paryżanin Christian Astuguevieille, notabene dyrektor artystyczny słynnej marki modowej Comme des Garçons. Poza pleceniem mebli ten perfumiarski nos robi też biżuterię i co roku wypuszcza 14 nowych kolekcji!

SKÓRKA DLA LENIUCHA

W domu Julie nie ma feerii barw, jest za to całe bogactwo faktur. Wszędzie na podłogach rzucone są dywany, chodniki, zwierzęce skóry: krowie, kozie i owcze. Sporo widać drewna - oryginalne belkowanie z epoki starannie odrestaurowano, w kuchni położono nawet boazerię. Mięsiste kapy na łóżkach i powłóczyste zasłony w oknach czy łazienkach ocieplają wnętrze. Mają za zadanie otulać i rozleniwiać. Do tego służy ten dom. Oczywiście nie każdy jest tego samego zdania. Bo córka woli brykać na koniu.

Tekst: Beata Majchrowska

reklama
reklama
reklama