Orzechowe forniry, zdobne sztukaterie, graficzne płytki i trochę sztuki... Piękne rzeczy dają siłę – mówi architektka Joanna Kiryłowicz.

 

Interesowała nas kamienica w Sopocie z odnowioną elewacją i mieszkaniem do remontu – opowiadają Marta i Janusz. – Ta nasza od razu nam się spodobała. Skąpana w zieleni, przecznicę od Monciaka, ale przy ślepej, spokojnej uliczce.

 

Kiedy weszli do środka, też im się podobało. Zwrócili uwagę na drewniane okna, mile skrzypiący przedwojenny parkiet, zdobne sztukaterie. Pomyśleli, że zrobią lifting i się wprowadzą. Gdy poprzedni właściciele zabrali meble, nie było już tak różowo. Zobaczyli okna, każde z różnej parafii i krzywe ściany. Pomyśleli, że przydałaby się druga łazienka, gabinet dla Janusza i większa kuchnia.

reklama

 

Architektkę Joannę Kiryłowicz i jej projekty znaleźli w internecie. Zaprosili ją do swojego nowego domu. – Zapowiadało się nieźle. Mieliśmy do dyspozycji 140 metrów, sufity na 3,5 metra wysokie i taras z widokiem na morze – mówi Joanna. Zanim rozrysowała plan mieszkania, długo rozmawiali. O porannych rytuałach rodziny, o tym, kto wozi dzieci do szkoły, kto gotuje, o przyjmowaniu gości. Dzięki temu Joanna zorientowała się, co jest im potrzebne do szczęścia.

 

Najbardziej rewolucyjne było powiększenie salonu o korytarz, w którym znalazły się ażurowe szafki, malownicze półki i szczapy drewna do kominka. Bardzo intrygujący okazał się gabinet z przeszkloną stalową ścianą. – Janusz nie chciał o tym słyszeć, bo uważa się za bałaganiarza – opowiada architektka. – Zaproponowałam mu dodatkową białą zasłonę i musiał się zgodzić – śmieje się. Zresztą i tak w gabinecie nie pracuje, mają więc gościnny pokój.

 

W trakcie remontu czekały na nich niespodzianki. Po wyburzeniu ściany okazało się, że podłoga jest krzywa i trzeba uzupełnić parkiet, a każdą deseczkę przybić sześcioma gwoździkami. Zerwali więc wszystko do gołej trzciny. Kiedy elektryk wziął się do pracy, spadł tynk ze ściany. Opatulili więc sztukaterie i skuli go do reszty. Przy nowych tynkach wydawały się jeszcze bardziej krzywe. Zdali sobie sprawę, że kosztowne i długotrwałe prace renowacyjne nie mają sensu. – Zdecydowaliśmy się na nowe. Zachowaliśmy jedynie te w pokoju dzieci – mówi Marta. I tłumaczy, że albo się zostawia krzywizny i to ma urok, albo robi się wszystko na równo. Z czasem wybrali drugi wariant, co oznaczało poważny remont.

 

Urządzanie apartamentu było już czystą przyjemnością. Marta chciała mieć trochę loftowy styl. Joanna przekonywała ją do większej elegancji. Znalazły kompromis. Architektka zaprojektowała białe zabudowy, ale też dla odmiany fornirowaną komodę, półkę i stół. Wybrała kraciaste łóżko i pudrową kanapę. – Ale kuchnię zrobiłam z loftowym sznytem. Proszę popatrzeć na okap i stół! – śmieje się. Wychodzimy z niej na ogromny taras. Dziewczyny urządziły go ciepłymi plecionymi meblami. Ale i tak mało kto tu przesiaduje, skoro do morza jest tak blisko.

 

Obejrzyj również: Metamorfoza domu z lat 60.


Tekst: Beata Woźniak
Zdjęcia: Celestyna Król
Stylizacja: Joanna Kiryłowicz

 

Architektka: Joanna Kiryłowicz

 

We wnętrzach, które urządza, najważniejsze są przestrzeń i funkcja, dopiero potem dodaje kolory i meble. Zresztą twierdzi, że przestrzeń (podobnie jak czas) jest luksusem, który chce dawać swoim klientom. Uwielbia zakamarki i niedopowiedziane historie. Lubi symetrię, ale ciekawy uskok na ścianie zostawi. Uważa, że piękne rzeczy dają ludziom niesamowitą siłę do życia i działania.

joannakirylowicz.com
tel. 531 531 261