Jak mieszka Sylwia Chutnik? Maksymalizm, dopamine decor i sztuka w domu pisarki
Znani i lubiani w domuKocha kolory, maksymalizm i kicz, bo dają jej radość. Twierdzi, że powinna się urodzić w Meksyku. Sylwia Chutnik, pisarka, kulturoznawczyni, feministka, ma nie tylko artystyczną duszę i dom, ale także kota... artystę.
Z Sylwią Chutnik rozmawia Agnieszka Wójcińska
Wszyscy wiedzą, że Sylwia Chutnik to ta pisarka z różową grzywką, która kocha kolory. Nie dziwi mnie więc, że i twoje mieszkanie jest ich pełne.
Życie wśród kolorów jest ciekawsze. Moje zamiłowanie do nich związane jest z dorastaniem w latach osiemdziesiątych, wśród popkultury, muzyki disco i dancingów, na których grywał tata. Te piękne stroje, brokaty, tapirowane włosy to była estetyka, która mnie otaczała.
Wychowywałam się też na filmie „Akademia pana Kleksa”, a tam wiadomo: kolorowe piegi, gotowanie z farb, witraże. To wszystko jakoś mnie ukształtowało. I chociaż podobno z pewnych rzeczy się wyrasta, ja jeszcze nie przeszłam do tego etapu.
Może jak Tove Jansson, twoja ukochana pisarka, zachowasz dziecięcość w sobie do końca życia…
Bez dziecięcości chyba bym oszalała. Ona i miłość do kolorów są desperackim pragnieniem radości i ładności, próbą odnalezienia się w tym okropnym świecie pełnym trudnych zdarzeń.
Przeczytaj też: Mazurski dom aktorki Anny Dereszowskiej – wnętrza, w których styl rustykalny miesza się z nowoczesnością
W sypialni różowa ściana i fuksjowy żyrandol, w salono-kuchni żółte kafelki, czerwona lodówka… Czy te kolory coś znaczą, czy to raczej przypadkowy miks?
Każdy jest dla mnie ważny, ale szczególnie lubię różowy. To bardzo ciekawy kolor, znam przynajmniej dwie książki o emancypacji, które mówią, że był symbolem buntu i niezgody. Odwrotnie niż interpretuje go powojenna popkultura, łącząc z Barbie i upupianiem kobiet. Dlatego odzyskuję różowy i wbrew ogólnie przyjętym interpretacjom widzę w nim nadzieję na zmiany. Dla mnie różowy jest buntem. No i wygląda na to, że mam mieszkanie w popularnym ostatnio stylu dopamine decor.
Ten styl to nie tylko kolory, ale i obfitość dekoracji. U ciebie też ich nie brakuje, a wiele ociera się o kicz.
Uwielbiam kicz. U mnie musi się świecić, błyszczeć, być polukrowane. Kocham maksymalizm, minimalizm uważam za trochę nieludzki i pozbawiony emocji. Im świat się bardziej stacza, tym bardziej trzeba się przebierać w tiule i dawać sobie radość. Kicz to dla mnie też sztuka bez pozy, która ma wywoływać uśmiech. Lubię, gdy ten uśmiech i kicz ma polityczne przesłanie, sama robię takie kolaże, np. obrazek różowego flaminga z prostym przekazem „fuck the system”.
A masz ulubieńca w swoich zbiorach kiczu?
Mam wspaniałą kolekcję pudelków. To ciekawe, że ta rasa, stworzona przez ludzi i upupiona fryzami, przebierankami, ma zazwyczaj potworny charakter. Lubię plastikowe pudelki z PRL-u, można je było kupić kiedyś w każdym kiosku Ruchu.
Mam też różowego łabędzia w łazience, który wystaje ze ściany niczym poroże, i kuriozalne przedmioty, które dostałam od znajomych, bo się im z nimi skojarzyłam. Na przykład pędzelek do makijażu w kształcie kolorowego jednorożca od Magdy Kicińskiej. Albo plastikową wiewiórkę, w której są szminki, od Weroniki Wawrzkowicz. Wzrusza mnie, że ktoś, widząc te osobliwe rzeczy, pomyślał akurat o mnie, że budzę takie skojarzenia.
Kochasz też sztukę. Co ona wnosi do twojego życia?
Jestem muzealniarą, potrafię jechać na weekend gdzieś, bo jest świetna wystawa, kocham sklepiki muzealne. W muzeach odpoczywam, napawam się, wzruszam talentami innych. Cenię kreatywność i to, że ludzie wykorzystują swoje emocje oraz myślenie o świecie, żeby przerobić je na obiekty artystyczne.
Czasem inspiruje mnie to także jako pisarkę. Wiele obrazów i grafik dostałam w prezencie od koleżanek artystek i pisarek: Mirelli von Chrupek, Anny Niemierko, Moniki Stolarskiej, Zośki Papużanki, Patrycji Dołowy, Karoliny Sulej. To one urządzają mi mieszkanie; śmieję się, że jestem nieźle ustawiona. Mam też sporo reprodukcji prac Fridy Kahlo, którą uwielbiam. Podobnie bliski jest mi meksykański styl – nadmiaru, kiczu, kwiatów i kolorów. Nie wiem, czemu w sumie nie urodziłam się w Meksyku.
Masz jeszcze jedno niezwykłe dzieło sztuki… na oparciu fotela przy biurku.
…autorstwa mojego kota, który wydrapał tam sporą dziurę. Zamiast łamać nad tym ręce, opisałam to profesjonalnie, po kuratorsku: „Wielka rozwałka, artysta Iwanek (pazurki na skaju, 2025)”. Opis doceniła nawet profesorka Maria Poprzęcka (wybitna historyczka sztuki – red.). A Iwan to kot literacki. Dostałam go od Magdy Kicińskiej, wtedy redaktorki naczelnej magazynu „Pismo”. Przybłąkał się pod jej klatkę. Imię dostał po kocie Konwickich, uwiecznionym w książce Tadeusza Konwickiego „Iwan Konwicki, z domu Iwaszkiewicz”. Iwan to artysta, dlatego wiele potrafię mu wybaczyć.
Przeczytaj też: Rzeczy bardzo osobiste – mieszkanie Anny Dziewit-Meller urządzone rodzinnymi pamiątkami
Widać, że twój dom to dom pisarki – wszędzie stoją książki...
One też nadają styl wnętrzu, przez kolory i tak zwane wąsy, karteczki, którymi zaznaczam w nich różne rzeczy. Są częścią mojego życia. Książki tu rządzą, ale staram się mieć je na oku, często robię w nich porządki, oddaję, wymieniam, sprzedaję. Jestem po liceum księgarskim, nie mogę ścierpieć, gdy leżą bez ładu...
A nie przytłacza cię ta ilość rzeczy?
Muszę powściągać kolekcjonerskie zapędy. Moje przedmioty kursują, dużo ich rozdaję, sprzedaję, ale też mnóstwo dostaję, kupuję, zwożę, czasem przerabiam. To jest nieustający ruch i myślę, że w tym się kryje trik maksymalizmu. Nie można pozwolić, żeby przedmioty miały ciebie w garści, to ty musisz mieć nad nimi kontrolę, inaczej cię zjedzą.
Mówisz, że jesteś Pyzą na polskich drogach, ciągle w podróży na spotkania autorskie, warsztaty, ale to w domu czujesz się najlepiej...
Dom to mój azyl, o dwudziestej jestem już w piżamce. Mam nad biurkiem rysunek z takim hasłem. Kiedy ktoś wieczorem dzwoni i stara się gdzieś mnie wyciągnąć, tak właśnie mu odpowiadam. Rano – mam od lat taki rytuał – zanim zrobię cokolwiek, piszę trzy strony ręcznie, dla siebie, na rozruch i żeby zamknąć poprzedni dzień.
Lubię, gdy w domu siadam do pisania – szumi zmywarka, obiad się gotuje, a ja mam wszystko pod kontrolą. Nie zabiorę się do pracy, jeśli nie będzie posprzątane. Kiedy wracam z podróży, nawet w nocy, muszę się rozpakować, nim pójdę spać. Jak mam ogarnięte w domu, to mam ogarnięte w głowie, mogę się skupić.