Rafał długo się zastanawiał, jak przekonać narzeczoną, rodowitą warszawiankę, żeby przeniosła się do Torunia. W końcu znalazł dla niej dom – ponad stuletnią włoską willę!

­Jest koniec XIX wieku, Toruń, wtedy niemiecki. Bogaty przedsiębiorca zamawia willę u włoskiego architekta. Ma stanąć w najpiękniejszej dzielnicy miasta – na Bydgoskim Przedmieściu. I staje w toskańskim stylu – ażurowa, finezyjna, południowa, z niezwykłą werandą i urzekającym ogromnym ogrodem. Trudno znaleźć drugą taką w naszej części Europy.

Ponad sto lat później. Rafał szuka mieszkania. Wybiera jedną z propozycji, jedzie pod wskazany adres, staje przed bramą. Jest oczarowany. Nie może uwierzyć, że znalazł Toskanię w Toruniu! Rafał: od razu wiedziałem, że Magda zakocha się w tym miejscu i bez żalu wyjedzie z Warszawy. Oczywiście miał rację.

Magda: już z opowieści i szkiców Rafała wiedziałam, że to wyjątkowy dom, ale i tak gdy go zobaczyłam, byłam pod wielkim wrażeniem. Nie przeszkadzało jej nawet to, że po raz pierwszy musiała go zwiedzać z latarką w ręku, bo akurat zabrakło prądu.

Willa, choć niewiele zmieniła się przez lata, została podzielona na kilka mieszkań. W jednym z nich zamieszkali Rafał z Magdą. Wspólny jest tylko ogród i podjazd. Dom w środku jest równie ciekawy jak z zewnątrz. Wysoki na trzy i pół metra, z ogromnymi starymi drzwiami, gdzieniegdzie złoconymi. A za oknami widoki, jak z bajki. Z tyłu ogród – trzy tysiące metrów z wiekowymi drzewami, w tym siedem lip pod ochroną.

Raz w roku, w marcu, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, z zielonego zmienia się w niebieski. To za sprawą cebulicy syberyjskiej, która od kilkudziesięciu lat zarasta ogród malutkimi niebieskimi kwiatkami. I jakby wszystkiego było mało – od frontu – sąsiedztwo parku. Do domu nie wpuścili nikogo, dopóki nie był całkiem urządzony. Zajęło im to zaledwie dziesięć dni – chcieli połączyć parapetówkę z urodzinami Magdy.

Na szczęście mają taki sam gust, więc obyło się bez kłótni. Meble to rodzinne pamiątki (kanapa Ludwik Filip, biedermeierowska biblioteka i sekretera po mamie Magdy, secesyjny stół z krzesłami w jadalni od rodziców Rafała) i zdobycze z pchlich targów i antykwariatów.

Na przykład stara angielska kuchenka, amerykańska lodówka pojemna jak szafa, zegar, który sam wydał na siebie wyrok śmierci, bo co pół godziny bił wniebogłosy, i dziś jest tylko atrapą, albo trzymetrowa kanapa, która była narożnikiem do czasu, gdy dostawka gdzieś się zawieruszyła. Wiszą nad nią portrety właścicieli: uśmiechniętej Magdy z suczką Melą pędzla Hanki Bakuły (prezent od mamy na dwudzieste trzecie urodziny) i nieco skonsternowanego kilkuletniego Rafała w marynarskim mundurku.

Znany toruński portrecista profesor Bogdan Przybyliński innej miny nie miał jednak okazji podpatrzyć. Ale trudno się dziwić siedmiolatkowi, który kilka razy w tygodniu przez miesiąc musiał odwiedzać pracownię malarza, przebierać się w mundurek i pozować z piłką na kolanach.

Znajomym z Warszawy w ogóle nie przeszkadza to, że Magda przeniosła się dwieście kilometrów od nich. Bywają u niej tak często, jakby mieszkała zupełnie blisko. Nic dziwnego, bo są rozpieszczani przez panią domu. Nikt nie wyjeżdża bez przetworów, które Magda traktuje jak artystyczne wyzwanie.

Miesza różne składniki, eksperymentuje i wychodzą z tego kulinarne cuda, jak konfitura pomarańczowa z cynamonem i miodem. – To w dużej mierze zasługa mojej kuchni, jej klimatu. Mogę tu siedzieć i pichcić godzinami – wyjaśnia gospodyni.

Nad bufetem powiesiła sobie wydzierganą przez ciocię, skądinąd nowoczesną kobietę, makatkę z napisem „Dobra żona tym się chlubi, że to robi, co mąż lubi”. No cóż, wystarczy spojrzeć na minę Rafała i już wiadomo, że u nich w życiu jak na makatce.


Tekst i stylizacja: Ewa Orłoś
Fotografie: Joanna Siedlar

 

reklama