Ubierała Annie Lennox i Brigitte Bardot. Miała być śpiewaczką, a została ikoną stylu. Londyn bez Barbary Hulanicki i jej słynnego sklepu Biba nie byłby taki kolorowy. Wciąż projektuje modę i wnętrza.


Art déco w wersji Biba

Myślę, że to był wielki sukces. Big Biba, nasz trzeci sklep, stał się drugą najbardziej popularną atrakcją Londynu. Najwięcej turystów odwiedzało Tower, potem nas, a dopiero na trzecim miejscu był pałac Buckingham. Lansowaliśmy nie tylko nową modę, ale też określony styl życia. Na siedmiu piętrach Biby można było kupić wszystko – od kosmetyków po meble – i wypocząć od zgiełku miasta. To było jak Harrods, lecz dużo piękniejsze. To było art déco w wersji Biba. Każde piętro miało czymś zaskakiwać. Na piątym znajdował się Rainbow Room z ogromną restauracją i salą koncertową. Na ostatnim, czyli na dachu, był ogród. Miałam też w sklepie flamingi, a później pingwiny, ale okazały się agresywne. Pewnego dnia zbuntowały się i zeszły rzędem po schodach. Nie wiedzieliśmy, jak je powstrzymać, a mogły podziobać naszych gości. Jednym z nich był Freddie Mercury. Często przesiadywał u nas, bo na parterze mieliśmy stoisko Ask Mary (Spytaj Marię), gdzie dziewczyna objaśniała klientom, co mogą kupić na różnych piętrach. A Freddie był chłopakiem Mary. Uwielbiał się malować naszymi kosmetykami przed wyjściem na imprezy. Pewnego razu znalazłam ją zapłakaną i zapytałam, co się stało. A ona: „Freddie nie może się zdecydować, czy jest gejem, czy nie”. (śmiech)
 

To była gigantyczna praca, bo sama zaprojektowałam wnętrza sklepu. Większość rzeczy potrzebnych do urządzenia wyprodukowaliśmy z Fitzem, moim mężem (Stephen Fitz-Simon – przyp. red.). Resztę ściągnęliśmy z targów staroci. Najlepiej bawiłam się podczas polowań na meble na ulicach East Endu o czwartej rano. Jechaliśmy tam wynajętą ciężarówką, którą dosłownie zapełnialiśmy meblami za trzy funty. Kiedy rozeszła się wieść o otwarciu sklepu, ludzie przywozili nam wszystko: krzesła, kanapy, ceramikę, biżuterię i całą masę cudacznych rzeczy. Tak stworzyłam swoje królestwo.


Barbara Hulanicki - początki kariery

A wszystko zaczęło się od jednej publikacji w „Daily Mirror”, gdzie wcześniej pracowałam jako ilustratorka. Felicity Green, szefowa działu mody, na początku lat 60. poprosiła, abym zaprojektowała sukienkę, którą młode Brytyjki mogłyby zamawiać przez katalogi wysyłkowe. Wtedy był to odpowiednik sprzedaży online. Zgodziłam się, że będę dostawać 25 szylingów od sztuki, czyli dziś jakieś 1,5 dolara. Mój mąż, słysząc to, omal nie zemdlał. Od tej pory miałam zakaz negocjowania cen. Ale moje sukienki w różową kratkę tak szybko się rozchodziły, że w całej Anglii wyczerpaliśmy zapasy tego materiału.
 

Wystartowaliśmy z pierwszą Bibą w 1963 roku i praktycznie drzwi się nie zamykały. Młodzi ludzie wystawali przed sklepem, czekając na kolejną dostawę. Ale wtedy Londyn był dla młodzieży modową pustynią. Mary Quant wyprzedziła nas, wprowadzając ożywcze trendy, jej stroje były jednak dla dziewczyn z zamożnych rodzin. No i nie miała takich krótkich spódniczek jak my. Kiedyś dostaliśmy feralną partię minispódniczek z dżerseju, mocno przykrótkich. Uznałam, że zbankrutujemy. Rozpłakałam się i pobiegłam do domu. Po chwili dzwoni Fitz i mówi: „Wracaj do sklepu, bo sprzedają się jak świeże bułeczki”. Jeżeli ktoś decydował się na Bibę, to decydował się na total look. Do stroju dobierało się makijaż, buty i całą resztę. Wymyśliłam pomadki w od- cieniach brązu, to było zupełnie przełomowe. Ale Revlon nie chciał ich zrobić, twierdząc, że nikt ich nie kupi. Wyłożyliśmy na próbę 60 takich pomadek i sprzedały się w kilka minut. Innym razem wymyśliłam zamszowe kozaki do uda. Mój mąż po- wiedział wtedy: „Nie wchodzimy w to, mamy jeszcze dziesiątki par zwykłych półbutów w magazynie”. Uparłam się jednak i je zamówiłam. Dziesięć tysięcy par sprzedaliśmy od ręki.


reklama


 

Biba nie była sklepem dla bogatych, tylko dla zwykłych, pracujących ludzi i stała się pierwszą sieciówką w świecie. Po nas przyszły Zara czy H & M. Dopiero po latach zaczęli przychodzić do nas klienci z pieniędzmi. Pewnego dnia pod sklep podjechała ogromna czarna limuzyna z grupą przedziwnych chłopaków i dziewczyn w najszerszych spodniach świata, ciasnych w kolanach, rozkładających się dołem jak wachlarz. My też nosiliśmy spodnie rozszerzane, ale nie aż tak! Weszli do sklepu i okazało się, że to byli Sonny i Cher ze swoją świtą. Czasem wpadał do nas Mick Jagger z dziewczyną. Lubił rozmawiać z Fitzem. Pod koniec dnia stał przy kasie i patrzył, jak Fitz liczy utarg. W naszym drugim sklepie przy Church Street osiągaliśmy największe obroty na metr kwadratowy na świecie. Pamiętam, jak pojawiła się u nas Brigitte Bardot tuż po ślubie z Gunterem Sachsem, milionerem i bon vivantem. W samych majtkach chciała wyjść z przebieralni, żeby dobrać sobie kilka sukienek, więc biedny Sachs zablokował jej drzwi. (śmiech) Stonesi, Beatlesi – wszyscy u nas bywali i w pewien sposób rośli z nami.
 

Muszę przyznać, że nie mieliśmy jednak dobrej prasy. Dla Amerykanów taka historia „od zera do milionera” byłaby fantastyczna, a dla Anglików gwałtowny sukces był w złym tonie. Nawet moja ciotka Sophie, ekscentryczna da- ma, która chciała mnie przerobić na kogoś takiego jak ona, a najlepiej na śpiewaczkę, nazywała Bibę sklepem z dziadostwem. (śmiech) Mieszkaliśmy u niej w Londynie z moją mamą i siostrą po stracie ojca (Witold Hulanicki, polski konsul w Jerozolimie, po wojnie został tam zamordowany – przyp. red.). Ciotka uważała, że fatalnie się ubieram, więc wciskała mi swoje szyfonowe sukienki i zmuszała, żebym zimą wkładała sobolowe futro! Już wtedy zbuntowałam się przeciwko dyktaturze mody.
 

Barbara Hulanicki - projekty wnętrz

Dziś projektuję też wnętrza. A sprawił to przypadek, bo najpierw Ronnie Wood, gitarzysta Rolling Stonesów, poprosił mnie o zrobienie wystroju jego klubu w Miami Beach. Potem Chris Blackwell, założyciel słynnej wytwórni Island Records, chciał, żebym zajęła się urządzeniem jego hoteli butikowych w Miami. I tak przeniosłam się na Florydę. Czasem myślę o swoich korzeniach. W końcu jestem Polką, choć nie wiem nawet, gdzie się urodziłam w Warszawie. Zostały mi tylko zdjęcia domu dziadków, który zbombardowano. Mój dziadek był wyjątkową osobą, zresztą jak wszyscy w rodzinie. Miał pierwszą w Polsce agencję turystyczną, moja ciotka Halina Hulanicka była świetną tancerką i żoną prezydenta Warszawy, a ciotka Zofia wybitną pianistką. Zawsze zaangażowani w to, co działo się w Polsce. Żałuję, że nie mówię już po polsku, wszystko zapomniałam. Ale to da się odkręcić. (śmiech) Mam jeszcze mnóstwo planów. Tak naprawdę ważne jest tylko jutro.
 

Barbara Hulanicki - kultowa projektantka mody, twórczyni londyńskiej Biby i ceniona projektantka wnętrz. Od wielu lat mieszkanka Miami. Polka. Po raz pierwszy opowiedziała tak dużo o sobie w książce „Barbara Hulanicki”, Wydawnictwo Znak.

 

Rozmawiała: Elżbieta Pawełek
Zdjęcia: Dania Graibe/Wydawnictwo Znak, PAP, archiwum prywatne