Nigdy wcześniej niczego nie kolekcjonował, co najwyżej miał za dużo krawatów. Nie lubi gromadzić. Ale jakimś cudem Andrzej Kareński-Tschurl zakochał się w malutkich filiżankach. 

 

Pierwszą filiżankę pan Andrzej dostał od swojej żony Anny na imieniny. A tę białą, złoconą, z girlandami róż i nietypowym uszkiem wystającym ponad czarkę kupiła córka Celina, bez okazji. Potem, zanim się obejrzał, robił prezenty sobie sam. Od tamtego czasu kolekcja urosła do ponad 500 sztuk. – Przybywa po jednej na tydzień? – wyliczam. Pan Andrzej zastanawia się, uśmiecha i sam wydaje się zdziwiony. Wszystkie piękne. Porcelana ładnie wygląda w przezroczystej gablocie w salonie. Kiedy przestała się tu mieścić, kolejna witryna pojawiła się w gabinecie. Gdy znowu zaczęło brakować miejsca, pan Andrzej zaczął ustawiać filiżanki w biurze. To z powodu żony, która podziwia pasję męża, ale w muzeum zwyczajnie mieszkać nie chce. Pokaźna liczba eksponatów i brak miejsca skłoniły kolekcjonera do przemyśleń.

 

– Na początku chciałem mieć po jednej filiżance z każdej niemieckiej manufaktury. Na przestrzeni trzystu lat było ich około 100, więc to w granicach rozsądku, prawda? – pyta pan Andrzej. – Nie mogłem się jednak oprzeć porcelanie z Francji i Austrii. Potem zauroczyła mnie Dania i Anglia. Postanowiłem rozszerzyć zakupy o inne europejskie marki. Szybko jednak doszedłem do wniosku, że kupuję to, co mi się podoba, i jest to moje jedyne kryterium. Postanowił więc, co rzadkie u zbieraczy, wstrzymać się na chwilę. Teraz skupia się na Rosenthalu i dwóch manufakturach – Hutschenreuther i Thomas – przez niego wchłoniętych. Historia zatoczyła koło, bo zawodowo zajmuje się porcelaną tego producenta.

 

Co daje kolekcja? Pozwala oderwać się od banałów codziennego życia. Pogłębia wiedzę. Kiedyś pan Andrzej w małym palcu miał Rosenthala, teraz zna większość wytwórni europejskich. – Każdy z liczących się książąt miał swoją manufakturę. W tamtych czasach podkradano sobie wzory, podkupowano pracowników. To była mozolna praca w niewolniczych warunkach, a w jej efekcie powstawało kruche piękno. Zaskakujące zderzenie – mówi kolekcjoner. 

 

 

Każda filiżanka jest inna. – Ta ma ścianki tak cieniutkie jak skorupka jajka. Stąd nazwa porcelany, egg shell. Proszę popatrzeć na dekoracje pâte-sur-pâte, czyli rzadko spotykane zdobienia płynną porcelaną – wylicza. Z czasem pan Andrzej zauważył, że w swojej kolekcji może wydzielić pewne podgrupy. Kobaltowe zdobione złotem, z motywami dworskimi lub kwiatowymi. Wśród nich prym wiedzie róża. Nic dziwnego, w końcu to królowa kwiatów. Mokka z różami. – Malarki z Miśni swoją naukę zaczynają właśnie od niej – opowiada kolekcjoner. – Najpierw dostają szablon, potem mogą malować samodzielnie. Kiedy zdobędą doświadczenie, tworzą własne kompozycje. To jest prawdziwy artyzm – dodaje. Podziwia cieniowane płatki, subtelnie malowane pączki oraz listki, ale i kwietne towarzystwo. Bo w kompozycjach na porcelanie obowiązują zasady jak w naturze. Nie zobaczymy konwalii z chryzantemami – jedne są majowe, drugie październikowe, ale róże i niezapominajki jak najbardziej, bo kwitną w tym samym czasie.

 

Pan Andrzej bardzo polubił róże właśnie z powodu porcelany. Czterdzieści filiżanek z tym motywem to nie koniec. Różą można się bawić na sto sposobów, więc będzie je dalej zbierał. Szaleństwo kolekcjonowania. Dla początkujących nasz znawca porcelany ma kilka rad. Uważa, że ważne jest założenie sobie ram kolekcji, a podejmowanie decyzji pod wpływem impulsu nie zawsze dobrze się kończy. Nie kupuje filiżanek uszkodzonych, nawet jeśli kuszą ceną. Oczywiście, czym innym są ślady użytkowania. Odrobinę wytarte złote uszko zupełnie nie przeszkadza. –

 

Kolekcjonowanie to bardzo przyjemny nałóg, bo nie jest wyjątkowo kosztowny. Za kilkanaście złotych, nieraz za kilkadziesiąt euro, mogę mieć coś naprawdę ciekawego – przekonuje. Najbardziej lubi same łowy. Nie te w internecie, ale w prawdziwym świecie. Kiedy służbowo wyjeżdża do Francji na targi, tak wszystko planuje, aby wpaść na starocie do Limoges. Przy okazji wizyty we Wrocławiu zagląda do antykwariatów na Kiełbaśniczej. – W Bari w jakimś zaułku obok piwiarni był taki sklepik… Proszę zobaczyć – i pokazuje zdjęcia na telefonie. – Między zbieraniną rzeczy z różnych światów, gdzieś obok futra z norek i skórzanych kufrów, stała niezwykła filiżanka. A tu jest ekscentryczny właściciel, który chyba nie za bardzo chciał się z nią rozstać – wspomina.

 

Uwielbia też coroczne wyprawy na jarmark porcelanowy do Selb. To niewielka miejscowość w Bawarii, która przyciąga kolekcjonerów z całej Europy. Ponieważ pan Andrzej zaraził swoją pasją już kilkoro przyjaciół, w tym roku wybrali się tam większą grupą. Śmieje się, że było między nimi trochę rywalizacji, ale jako pierwszy wytropił pięć rarytasów. – Czy to jest szaleństwo? – zastanawia się. – Raczej fascynująca podróż. Więcej o porcelanowej pasji Andrzeja Kareńskiego-Tschurla: rosenthalblog.com

 

Tekst: Beata Woźniak

Zdjęcia: Michał Mutor

Stylizacja: Joanna Płachecka

reklama