reklama

Magiczne dekoracje do domu i ogrodu

Design

Z hutą jest jak z dzieckiem. Cały czas trzeba mieć oczy otwarte. Zapomnieć o wakacjach, wciąż czuwać nad piecem, rozgrzanym do 1400 stopni. To dopiero domowe ognisko!

Ogień i woda: praca ze szkłem

Praca ze szkłem jest niesamowita nie tylko dlatego, że cała rodzina pilnuje pieca – mówi Paweł Borowski, szklarz, syn Stanisława, znanego na świecie grawera. – To kapitalne widowisko, lepsze niż lepienie ceramiki. Tu idzie dym, jest ogień, woda, światło, kolory. Akcja, emocje!

Borowscy mogli swoją manufakturę urządzić wszędzie. Rzeźby ojca – magiczne, wspaniale grawerowane postacie – znają kolekcjonerzy z całego świata. Założone w latach 80. w Niemczech studio świetnie prosperowało, ale Stanisława ciągnęło do krainy dzieciństwa. Urodził się wprawdzie w 1944 roku we Francji, bo ojciec górnik wyemigrował tam z Polski. Rodzina wróciła jednak w 1948 roku na Ziemie Odzyskane, do Bolesławca. Chłopak od małego miał artystyczne ciągoty. – Bazgrałem po ścianach piwnic – opowiada Stanisław Borowski. – Głównie portrety Stalina i Hitlera. Gwiazdki im na czapkach malowałem, za co milicja mnie ścigała, bo były nie takie, jak powinny. – To się teraz street art nazywa – śmieje się Paweł. – Tata był protoplastą grafficiarzy.

Potem zaczął rzeźbić. W gipsowych formach od naczyń, których pełno walało się po Bolesławcu. – I znowu lanie! – wspomina – bo kobiece akty sobie scyzorykiem wycinałem. Pamiętam, jak podglądałem wybory miss, takie śmieszne miały galoty. „Akurat się na tym znasz, gówniarzu” – mówił mi starszy brat, ekspert od kobiecości.

Wreszcie rodzice uznali, że najwyższy czas uciekać ze Śląska w okolice Krosna. – Ze szkołą zawsze miałem pod górkę, byłem fatalnym matematykiem – opowiada Stanisław Borowski – grałem za to w kapeli jazzowej na perkusji. Całkiem nieźle sypałem na bębnach.

Kolorowe stworki ze szkła w domach wielkich gwiazd

Taka kariera nie była mu jednak pisana. Kiedy zobaczył hutę szkła, kapela się skończyła. Pracował przy wytwarzaniu form, dmuchaniu oraz w szlifierni, a w garażu otworzył pierwszą własną pracownię i popołudniami grawerował fuchy dla Desy. Gdy niemieckie pismo „Neues Glas”, znane wśród kolekcjonerów na całym świecie, ogłosiło w 1981 roku konkurs na 100 najciekawszych prac roku, wysłał zrobione zorką czarno-białe zdjęcia i... dostał się do najlepszej setki. Zaproszony na międzynarodową wystawę szkła w Kassel, został tam na stałe, dostał stypendium, sprowadził żonę Ewę i synów. Zaczął być modny, jego prace kupili amerykańscy aktorzy Nicolas Cage i Whoopi Goldberg oraz prezydent Jimmy Carter. – Szły po 5-7 tysięcy dolarów – wspomina. – Pracowałem w małym mieszkanku i zbierałem na własne studio.

Huta w Tomaszowie Bolesławieckim: świat magii

Otworzył je w Hennef koło Bonn, a wkrótce potem postanowił jednak wrócić do Polski, do Tomaszowa Bolesławieckiego. Kupił tu poniemieckie stajnie, które zamienił w rodzinną hutę szkła. Artystyczną smykałkę po ojcu odziedziczyli synowie. Paweł, choć skończył szkołę ekonomiczną, został przyjęty do niemieckiego stowarzyszenia plastyków. Dziś to właśnie on zarządza firmą, projektuje kolorowe figury i świecące obiekty do ogrodu. Wiktor mieszka w Niemczech, zajmuje się promocją i sprzedażą.

Najmłodszy, Jan Stanisław, absolwent Wydziału Ceramiki i Szkła w Koblencji, przeprowadził się do Tomaszowa kilka lat temu. A ojciec? – Nic już nie musi, robi to, co lubi. Przygotowuje dwa, trzy dzieła rocznie na targi sztuki – mówi Paweł.

Gdy odwiedzicie Tomaszów, może dopisze wam szczęście i pan Stanisław sam oprowadzi was po hucie, pokaże, jak dmuchane i grawerowane jest szkło. Dla mnie była to wyprawa do świata magii.

Tekst: Joanna Halena

Zdjęcia: Studio Borowski, Karolina Migurska

Adres artystów: STUDIO BOROWSKI (huta i sklep), Tomaszów Bolesławiecki 87, www.borowski-studio.com

reklama
reklama