reklama

Życie ze Sławomirem Mrożkiem

Znani i lubiani w domu

Susana Osorio o życiu ze Sławomirem Mrożkiem

Susana Osorio zakochała się w Mrożku od pierwszego wejrzenia. Z wzajemnością. Żeby zdobyć jej rękę, zaśpiewał hiszpańską serenadę.

Obrazy z dzieciństwa? Veracruz, które do dziś wspominam najmilej.

Susana Osorio - dzieciństwo

Tropik, upał, a ja zamiast biegać po plaży, siedzę w kuchni z moimi babkami. Obie uważały, że gotowanie to sztuka i były w nim mistrzyniami. Miałam może pięć lat, kiedy pomagałam im karmelizować cukier. Lubiłam obserwować, jak z lekkiego syropu zamieniał się w twardy karmel. Od naszych indiańskich służących nauczyłam się też robić tortillę, gotować fasolę, dowiedziałam się, kiedy piec, a kiedy dusić paprykę chili. Jestem dumna z tej wiedzy, bo wykształcona Meksykanka, która tak dobrze jak ja zna tajniki kuchni, to rzadkość. Ale zamiast wyrabiać tortille, jako siedemnastolatka porzuciłam dom i poszłam na studia humanistyczne.

Byłam czarną owcą w rodzinie, bo wszyscy inni zajmowali się nauką, interesami albo Bóg wie czym. Moja matka była bakteriologiem, ojciec inżynierem. Pracował przy wydobyciu ropy naftowej, najpierw dla firm brytyjskich, a potem, po nacjonalizacji, dla meksykańskich. Miał też ucho do muzyki i poezji. Ale to babcia ze strony mamy zaszczepiła we mnie miłość do teatru. Często zabierała mnie do opery. Byłam z nią na przykład na „Traviacie” z Marią Callas. Mamie się to nie podobało, bo nie znosiła teatru. Uważała, że ostentacyjne okazywanie uczuć jest nieprzyzwoite.

Susana Osorio - pierwsze spotkanie z Mrożkiem

Pamiętam pierwsze spotkanie ze Sławomirem. Kiedy stanął w drzwiach hotelu w Mexico City – wysoki, w płaszczu – nie miałam żadnych wątpliwości. To był piorun sycylijski. Teatr, w którym pracowałam
jako asystentka reżysera, latem 1979 roku wystawił jego „Emigrantów”. Zagraliśmy tę sztukę dwieście razy. Ogromny sukces. Z wdzięczności zaprosiliśmy Mrożka, a ponieważ tylko ja w zespole mówiłam
po angielsku, miałam się nim zajmować. Uśmiechnął się na mój widok. Chciałam się zapaść pod ziemię, bo jestem bardzo nieśmiała. Później siedzieliśmy koło siebie na przyjęciu. No i Sławomir jakoś tak zadziałał… po polsku.

Susana Osorio - życie z Mrożkiem

Widywaliśmy się w różnych miejscach na świecie, dużo do siebie pisaliśmy. „W miłości najlepiej brzmią słowa zapisane”, jak mówi meksykańskie przysłowie. W końcu Sławomir mi się oświadczył.
Ślub wzięliśmy 23 października 1987 roku w Paryżu. Miałam czarną, jedwabną suknię do samej ziemi, zgodnie z tradycją hiszpańską. Zresztą na białą byłam za stara – miałam 39 lat! Sławomir, ubrany w granatową marynarkę, jak zwykle był bardzo elegancki. Przed ślubem musiał przejść próbę ogniową: zaśpiewać hiszpańską serenadę i złożyć oficjalne oświadczyny na ręce mojej matki, bo ojciec już wtedy nie żył. Przy okazji wyszło na jaw, że nieźle zna hiszpański repertuar i ma piękny głos. Mama była wzruszona, od razu dała zgodę.

Zamieszkaliśmy w Meksyku, który wtedy był jeszcze bezpiecznym krajem. Na kompletnym pustkowiu wybudowaliśmy rancho. Sławomir nazwał je Epifania (Objawienie). Mieliśmy dom, ogród, drzewa. I całkowitą ciszę. Coś podobnego nigdy nie przyszłoby mi do głowy, to był jego pomysł. Chciał mieszkać na wsi, skupić się na pisaniu.

Moment, którego nie zapomnę? To stało się niedługo po 60. urodzinach męża. Co chwila tracił przytomność, zawiozłam go do szpitala, na siłę, bo protestował. Zdiagnozowali tętniaka aorty, był umierający. Decyzja o natychmiastowej operacji. Potrzebna była krew do transfuzji. Nie mogłam oddać swojej, mieliśmy różne grupy. Ale na apel polskiego konsula w Meksyku w ciągu trzech godzin zgłosiło się dwudziestu Polaków gotowych pomóc Mrożkowi. Przed operacją lekarz ostrzegł, że ma tylko 10 procent szans na przeżycie. To były najgorsze godziny w moim życiu.

A potem inny moment – w Krakowie. Przenieśliśmy się tam z Meksyku, gdzie już nie dało się żyć. Sławomir podczas pisania znów nagle stracił przytomność. To był udar mózgu, który poskutkował afazją. Czułam wściekłość i rozpacz. Afazja jest jak wyrok śmierci – dorosłego człowieka zmienia w roślinę. Mąż mógł sam oddychać i jeść, ale nic nie pamiętał. Wszystkiego uczył się od nowa – znaczenia słów,
liczb. Siedział z terapeutką w pustym pokoju i układał klocki. Podczas rekonwalescencji zaczęliśmy mówić po angielsku.

To był jego pierwszy obcy język, najłatwiej było mu do niego wrócić. Prowadziłam wtedy w Krakowie restaurację – trochę przez sentyment do tego, co robiły moje babki, a trochę dlatego, że nie potrafię siedzieć bezczynnie. Było mi naprawdę ciężko.

Zabawne, ale zawsze marzyłam, że gdzieś zatrzymam się na zawsze. Dlatego w Meksyku zamówiłam solidne meble do Epifanii, a w Krakowie otworzyłam restaurację, przekonana, że już tam zostaniemy.
Tymczasem całe życie się przeprowadzałam jak Cyganka. Nie wiem, kto w rodzinie cygańskiej podejmuje decyzję o tym, czy ruszać w drogę, czy rozbijać obóz, ale pewnie mężczyźni. U nas Sławomir decydował, gdzie zostajemy. Oswoiłam się z myślą, że to mężczyzna ma zadbać o dom. I tak, w czerwcu 2008 roku, odlecieliśmy z Krakowa do Nicei. Na zawsze.

Chce mnie pani spytać, czy życie z nim było trudne? Ludzie nigdy nie przestają uczyć się siebie. Mąż dopiero po bliższym poznaniu stał się rozmowniejszy. Ale zawsze wiedziałam, że mówi to, co naprawdę myśli. I zawsze dotrzymywał obietnic. A przy tym był bardzo zabawnym partnerem. Absurdalne poczucie humoru, które kojarzy się z jego twórczością, nie opuszczało go też w życiu codziennym. Przecież gdyby był osobą smutną, jaką znamy z pierwszego tomu jego „Dziennika”, uciekłabym po pierwszej randce.

Jako świetny rysownik miał też obsesję na punkcie przestrzeni. Nocując w jakimś hotelu, choćby tylko jedną noc, zaczynał od przemeblowywania pokoju. A kiedyś poddał się leczeniu dopiero wtedy, kiedy poprzestawialiśmy wszystkie meble w szpitalnym pokoju, bo tak źle się w nim czuł. Uważał, że mam zły gust. Uparł się, żeby wymienić w naszym salonie żyrandol ze szkła imitującego kryształy. Twierdził, że jest okropny! A mnie się podobał.

Sławomir był bardzo poukładany, każda najmniejsza rzecz miała swoje miejsce – tu szklanka, tam książka. Ja zaś jestem bałaganiarą, wszystko rozrzucam.

Po 20 latach od pierwszego spotkania wciąż byłam w nim tak samo mocno zakochana. Była to miłość szczenięca, niezrównoważona. Zachowywałam się jak nastolatka – wzdychałam na jego widok, stawałam przed lustrem i zastanawiałam się, jak go oczarować, co zrobić, żeby mu się jeszcze bardziej podobać. Jasne, że była między nami duża różnica wieku. Ale ani śladu konfliktu pokoleń czy kwestii narodowościowych. Jeśli coś nas różniło, to raczej kwestie obyczajowe. W Meksyku ludzie są uprzedzająco uprzejmi: „proszę”, „czy zechciałby pan…”. Nie do przyjęcia jest krótkie polskie „nie”. Przyznam, że na początku trochę mnie to kosztowało.

Mieliśmy prosty przepis na szczęście – na swojej ziemi każdy mógł robić to, co chciał. Jeśli drzwi do pokoju któregoś z nas były zamknięte, to oznaczało, że nie należy wchodzić. Kiedy Sławomir
pisał i nie przychodził na posiłki, zostawiałam mu je pod drzwiami. Niektóre pary z długim stażem przyznają, że przeżyły na początku złoty okres, a potem już nic. Nasza belle époque trwała do końca. Wciąż nie mogę uwierzyć, że Sławomir odszedł.

Wysłuchała: Elżbieta Pawełek
Zdjęcia: Andrzej Rybczyński/pap, Rafał Latoszek/FOTONOVA, Piotr Fotek/Reporter

reklama