reklama

Nadwiślańskie pejzaże

Artyści

Kochał Polskę, lecz w niej nie mieszkał. Malował Polskę, lecz nie zyskał w niej uznania.

Był lipiec feralnego 1933 roku. Roman Kochanowski, malarz, członek Union Internationale des Beaux-Arts & des Lettres, juror Künstler-Genossenschaft otrzymał właśnie pilny list. Artysta miał wówczas siedemdziesiąt lat, mieszkał na przemian w Monachium i Freisingu. Dostarczona przed chwilą epistoła głosiła: „Niniejszym komunikujemy uprzejmie, że wszystkie Pańskie nadesłane dzieła nie mogą być przyjęte na tegoroczną Wystawę Państwową”. Dalej następowała prośba o odebranie prac.

Wieloletni uczestnik wystawy, znany i poważany w monachijskim środowisku pejzażysta właśnie przeżył osobiste spotkanie z nazizmem. Dla urzędników reżimu było niedopuszczalnym, by żyjący w Bawarii malarz tworzył widoki Krakowa i okolic. Zamiast sławić Rzeszę Niemiecką i z wagnerowskim przepychem odmalowywać monumentalne widoki górskie, Roman przez całe życie uwieczniał mokradła, lasy, wiejskie chałupy i krowy.

Tworzył prace wielkości szkolnego zeszytu, ale za to przepełnione miłością i nostalgią za ojczystą ziemią. Stary człowiek przyjął wyrok spokojnie. W pracowni dalej robił swoje. Dożył jeszcze dnia, kiedy autor tego wariactwa, niespełniony austriacki malarzyna, palnął sobie w łeb.

Kochanowski wkroczył na scenę sztuki wraz z epoką fin de siècle. Był urodzonym krakusem z niezbyt zamożnej rodziny mieszczańskiej. Ojciec, rzemieślnik, ale trudno dociec, czym się dokładnie zajmował. Matka zmarła młodo, osierocając Romana i jego siostrę Manię.

Po ukończeniu krakowskiej Szkoły Sztuk Pięknych młody Kochanowski wyruszył po nauki do Wiednia. Na kształcenie łożył ojciec, pierwszy i wieloletni mecenas syna. Starszy pan nie ustawał w przestrogach i dobrych radach, co i rusz napominając latorośl, by się dobrze prowadziła.

„Móy kochany Romanie” – zaczynał swoje listy, potem zaś donosił o krakowskich nowinkach i przekazywał kolejny, do znudzenia znany chłopakowi zestaw dobrych rad. Najczęściej dotyczyły one… prawidłowego odżywiania i oszczędności na wszystkim „z wyjątkiem pokarmu, to jest najważniejsze, kto pracuje ten powinien sobie nie żałować pokarmu” – głosił ojciec malarza.

Przestrzegał także przed „młodzieżą w czasie teraźniejszym” i „niewyspaniem, hulatykami, kompaniami”, narzekał na rodzinne koligacje, a zwłaszcza na ciotkę. Z troską o zdrowie syna przesyłał także regularnie paczki z tym, co w Polsce najlepsze, czyli z wódką i kiełbasą. Ta pierwsza nie była oczywiście przeznaczona dla chłopaka, lecz dla niejakiego Władysława – jak należy rozumieć, opiekuna młodzieńca. Roman żył w Wiedniu w niejakim rozkroku.

Z jednej strony uczestniczył w życiu cesarskiej metropolii, z drugiej starał się być na bieżąco z wydarzeniami krakowskimi. Do domu jeździć nie mógł, bo go nie było stać. Chciał posyłać swoje obrazy ojcu, żeby sprzedawał je na miejscu, ten jednak oponował donosząc, że „tu bieda” i lepiej sprzedawać w Wiedniu. Z braku pieniędzy Roman przegapił także ślub swojej siostry. Ojciec informował: „Marynia poszła za mąż (…) – szelma ciotka nawet dziesięciu rubli nie przysłała”. Tymczasem młody Kochanowski nudził się stolicą cesarstwa.

Miejscowa akademia była do cna skostniała, malarz zaś pragnął nowości. Ojciec wyrobił synowi nowy „paszport akuratny, za którym możesz pojechać, gdzie ci się podoba”. Dorzucił pięćset reńskich i stwierdził, że chłopak sam wie, co powinien zrobić, on zaś „na tym zawodzie (malarstwie) się nie zna”. Roman na malarstwie się znał i wiedział, co uczynić. Ruszył do Monachium, po drodze bawiąc w okolicznych górach. Zaniepokojony długim milczeniem syna stary Antoni wysłał ostry list, opatrzony surowym nagłówkiem „Móy Romanie”. Jego Roman milczał przez pięć miesięcy, w końcu jednak dał znak życia – z Monachium.

Bawarskie życie Kochanowskiego znamy przede wszystkim z jego codziennych zapisków. Co tu kryć – nudnych jak flaki z olejem. „Rano Cafe Union, obiad u Biermera, po południu malowałem, potem wieczór w Hirschbraukeller” – skrobał w dzienniku młodzieniec. Monachijska akademia była jednak odmianą po zamkniętym na nowinki Wiedniu.

Chociaż i tu panowała pewna moda. Ceniono monumentalizm, historyczno-patetyczne kompozycje. Roman tymczasem malował krowy i zaścianki. Fakt – w jego obrazach czuć monachijski „Stimmung” i pojawiają się w nich charakterystyczne ciemne barwy, ale na płótnach ciągle widać polską ziemię. Artysta życie dzielił między malowanie a bywanie w kawiarniach i grę w bilard. Wreszcie jednak nadszedł moment przełomu, który zaczynał się na literę M. M – jak miłość, można by rzec.

W notatkach z 1883 roku dwudziestosześcioletni malarz opisuje spotkania z dziewczyną. Nazywa ją M. Była to pierwsza i jedyna miłość artysty, który na powodzenie u dam narzekać nie mógł. Na fotografiach z tego czasu widzimy przystojnego mężczyznę, ubranego w modny płaszcz, z kapeluszem na głowie i cygarem w zębach. M. zawładnęła życiem pejzażysty, sprawiając mu przy tym nieco bólu.

W oględnych słowach od czasu do czasu donosił o przykrościach, jakie spotykały go w związku. Jednocześnie coraz starszy ojciec domagał się wizyt w domu, przysyłając list za listem. Rozłąka z ukochaną nie była Romanowi na rękę, jednak życzenie ojca spełnił. Tajemniczą M. była Maria Kaffel, córka obywatela Monachium, handlarza cementem. Sam związek wydawał się oczywistym mezaliansem, przynajmniej dla dobrze sytuowanego mieszczanina marzącego o lepszej partii dla córki.

Roman w domu państwa Kaffel nie bywał, nawet gdy odprowadzał dziewczynę po spacerze do domu, zostawiał ją na rogu ulicy. Romans jednak kwitł, o czym pieczołowicie, acz lakonicznie, donosił w swoich dziennikach malarz. Pełno tu wzmianek o kolejnych spacerach, spotkaniach, robieniu zdjęć Marii „w sześciu pozach”. Patrząc trzeźwym okiem, trudno wyobrazić sobie na przykład celowość notatki tej treści: „M. była u mnie, jedliśmy melona”. Ot, kronika zakochanych.

Z czasem jednak malarz zatęsknił za rodzinnym Krakowem. Postanowił przeprowadzić się do swojego miasta. Jednak pechowy zbieg okoliczności – niemożność znalezienia pracowni, zawiść w środowisku malarskim i brak nagrody na wystawie w Sukiennicach sprawiły, że nie na długo.

Kwitł listowny romans z M., malarz spędził ostanie dni 1887 roku w Krakowie, w sylwestra zaś „poszedł sobie kupić kaftanik i gacie zimowe”. Potem wrócił do Monachium, gdzie w końcu wziął ślub z ukochaną Marią. Niniejszym przestał ją także nazywać M. w swoim dzienniku. W międzyczasie obraz „Zima polska” nabył nie kto inny, jak cesarz Franciszek Józef. Artysta pisał o tym zdarzeniu w swoim stylu: „przyszły pieniądze za obraz zakupiony przez cesarza… dzień bardzo pogodny”.

Kochanowski podjął jeszcze jedną próbę powrotu do ojczyzny. Wraz z mężem swojej siostry, Janem Kantym Krzyżanowskim, planował kupić wspólny dom w Krakowie. Plan spalił jednak na panewce, niedoszli współlokatorzy nie mogli dogadać się co do umiejscowienia przybytku i szczegółów architektonicznych. Malarz na zawsze pozostał w Bawarii, odwiedzając jednak regularnie rodzinne strony. Powracał, by szkicować kolejne nadwiślańskie widoki. Nie zdążył pojawić się przed śmiercią ojca, który w kolejnych błagalnych listach błogosławił małżeństwu syna, narzekał na samotność i prosił o rychłe odwiedziny.

Tymczasem malarstwo Kochanowskiego zyskiwało na popularności. Książe regent Luitpold przychylnym okiem spoglądał na jego dzieła, co natychmiast wzbudziło falę zainteresowania w Polsce. Gazety okrzyknęły go „najznakomitszym dziś polskim pejzażystą”, a wystawy w Berlinie i Monachium ugruntowały pozycję malarza. Został zaproszony do udziału w niecodziennym przedsięwzięciu wydawniczym: monumentalnym dziele „Monarchia Austro-Węgierska w słowie i obrazie”. Jako jeden z ilustratorów wyruszył w podróż po Galicji i Podolu.

Tymczasem szum w środowisku polskim sprawił, że obrazami Kochanowskiego żywiej zainteresowano się w Warszawie. Interes wyczuł Feliks Richling, właściciel Salonu Artystycznego. Namawiał Romana, by ten przysłał obrazy, a on już zrobi odpowiednią reklamę ustami warszawskich krytyków. Planował wystawę na jesień, „bo teraz ogórki”.

Kochanowski obrazy przesłał, te jednak zaginęły w drodze. Ściśle rzecz biorąc – położyli na nie łapę rosyjscy celnicy, oczekując bakszyszu. Malarz pisał, że w końcu udało się „przesyłkę z paszczy złodziejskiej wydobyć”, jednak zniesmaczony z projektu zrezygnował. Dodatkowo uraził go fakt, że Richling nie chciał kupić płócien, lecz wziąć je w komis.

Lata płynęły i Kochanowski przywykł do życia na obczyźnie. Miał tu rodzinę, towarzystwo, sprawy zawodowe. Był lubiany i szanowany. Z żoną Marią doczekał się syna, Romana juniora. Gdy zmarła, na jej nagrobku kazał napisać, że była „najlepszą i najszlachetniejszą małżonką”. Z jej rodziną nie utrzymywał żadnych kontaktów.

Gdy Polska odzyskała wolność, udał się do Krakowa, gdzie uzyskał potwierdzenie polskiego obywatelstwa, po czym wrócił do Monachium. Regularnie pokazywał po jednym, dwa obrazy na wystawach w Niemczech i w Polsce. Wojenne bombardowania Monachium zmusiły go do przeprowadzki do Freisbergu, gdzie mieszkał jego syn. Był już zbyt słaby, by malować, ciągle jednak rysował – oczywiście nadwiślańskie widoki. Zmarł wkrótce po zakończeniu wojny.


Tekst: Stanisław Gieżyński
Wykorzystano: „Roman Kochanowski – w 150 rocznicę urodzin”, red. Zofia Katarzyna Posiadała,
Muzeum im. Jacka Malczewskiego w Radomiu, 2007 r.;
„Roman Kochanowski, malarz polskiego krajobrazu”, Tadeusz Lewkowicz
Fotografie: katalog wystawy, ©Muzeum im. Jacka Malczewskiego w Radomiu

Polecamy również - Bracia Hirszenbergowie: życie i twórczość.

reklama
reklama