Dlaczego artyści tak kochają koty? Prof. Anna Król o fascynującym fenomenie kociej sztuki
KolekcjeArtyści jak koty chodzą własnymi drogami. Może dlatego tak często te zwierzaki są dla nich inspiracją? Z okazji Dnia Kota, 17 lutego, spoglądamy na fenomen „miaularstwa”.
Z dr hab. Anną Król, prof. ASP, kustoszem, aranżerem i kuratorką wystaw z Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha rozmawia Staszek Gieżyński
Ma pani kota?
Cóż to jest w ogóle za sformułowanie? Nie można przecież mieć kota. My jesteśmy ich karmicielami, opiekunami, ale nie właścicielami. To koty posiadają nas!
Kiedyś żyłam z kotem, ale niestety ze względów zdrowotnych teraz nie mogę. Są mi jednak bardzo bliskie, cztery lata temu byłam kuratorką wystawy „Ja, kot. Koty w sztuce Japonii i Zachodu” w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha.
Co takiego widzą artyści w kocie, że tak często pojawia się w sztuce?
Kot jest z jednej strony miły i domowy, z drugiej absolutnie dziki, samorządny i samodzielny. Trudno go podporządkować. Pies kojarzy się z wiernością, kot fascynuje spontanicznością i tajemniczością. To także najpopularniejsze zwierzę domowe na świecie, więc często jest pokazywane w sztuce. Jego wizerunek przez wieki był ściśle związany z naszym stosunkiem do zwierząt i natury. Czarny kot był więc czasem demoniczny, kojarzony z postacią czarownicy, symbolizował postać tego „innego”, obcego. Z drugiej strony był też pożyteczny, bo zjadał gryzonie i chronił zbiory. Czasem pełnił funkcję maskotki, najbliższego przyjaciela. Taki kot-zabawka pojawia się w sztuce XVII i XVIII wieku. Już bliżej naszych czasów mamy koty w reklamach i wreszcie w internecie.
Którzy twórcy szczególnie sobie koty ukochali?
Wielkim ich wielbicielem był młodopolski malarz Alfons Karpiński. Na płótna trafiały kolejne zwierzaki, którymi się opiekował. Na ostatnim autoportrecie, niejako podsumowaniu całego życia, widzimy siwego artystę siedzącego przy sztalugach. Obok na kanapie śpi zwinięty w kłębek biały kot.
Czarnego czworonoga zobaczymy z kolei na znakomitym „Portrecie żony z kotem” Konrada Krzyżanowskiego. Demoniczny wpatruje się w widza, nadając kompozycji aurę niepokoju, dzikości i czegoś nienazwanego. Znanym kociarzem był krakowski surrealista Kazimierz Mikulski. Miał fantastyczną wyobraźnię, jego koty (uwielbiał syjamskie) przechadzają się często gdzieś na granicy wymyślonych światów.
Przeczytaj też: Czy można polubić hieny? Rozmowa z Moniką Wanat – fotografką dzikich zwierząt
Swoje kocie fascynacje mają także odległe kultury…
Ciekawa tu jest Japonia, gdzie zwierzęta te pojawiały się początkowo na cesarskim dworze, by potem zasiedlić zwykłe domostwa. Powstał cały wymyślony świat kotów demonów: czasem złych, czasem psotnych, czasem pożytecznych. Odzwierciedlenie tego widzimy dziś w mangach i anime (np. koci autobus w „Mój sąsiad Totoro”), ale też w postaciach w rodzaju Hello Kitty. W tradycyjnych drzeworytach koty pojawiają się regularnie i często mają znaczenie symboliczne.
Bardzo lubię pracę Hiroshige Andō, na której widzimy białego kota spoglądającego przez okno. Kluczem jest kontekst: jesteśmy w tokijskiej dzielnicy czerwonych latarni Yoshiwara, w pokoju kurtyzany wysokiej rangi. Możemy tu sobie dopowiedzieć całą historię, a ten kot siedzi po prostu do nas tyłem i niewzruszony obserwuje świat. Cała jego natura jest zawarta w tej pozie.
Jak się ma dziś kocia sztuka?
Bardzo dobrze! Żyje i dalej się rozwija, bo kot wciąż jest istotną częścią naszego życia. I twórcy odnajdują w nim inspiracje. Mamy drapieżne i demoniczne koty Aleksandry Waliszewskiej czy utrzymane w stylu sztuki naiwnej zwierzaki Karoliny Jabłońskiej. Paulina Domagalska stworzyła wstrząsającą instalację poruszającą problem hodowli zwierząt i genetycznej manipulacji. Kocie tematy regularnie wracają w pracach Kai Muchy.
Ma pani ulubiony koci obraz?
Trudno powiedzieć, jestem rozdarta między tymi wszystkimi wyobrażeniami. Kiedyś bardzo zachwyciłam się portretem Julii Duhamel pędzla Bacciarellego. To niby banalna scenka rodzajowa – dziewczynka pozuje, trzymając na rękach białego kota. Wszystko słodko, zgodnie ze schematem. Tylko że zwierzak się wyrywa, nie chce być trzymany! A ona nie puszcza. To mistrzowsko przedstawione spotkanie dwóch charakterów: kociego i ludzkiego. Wspaniały obraz, ale nie mogę powiedzieć, że mój ulubiony. Sprawiłabym tym przykrość wszystkim innym namalowanym kotom, a na to nie mogłabym sobie pozwolić.
Na zdjęciu głównym: obraz Konrada Krzyżanowskiego „Portret żony z kotem”, 1912, Muzeum Śląska Opolskiego, niżej: obraz Kai Muchy „Dzwonek na szyi”, 2021
Zdjęcia: Bew/alamy, wikimedia
Przeczytaj też: Przyroda pozwala więcej widzieć, słyszeć i odczuwać – natura w malarstwie Laury La Wasilewskiej